Subiektywny nieprzewodnik po Portugalii vol.1
"Bo Wy Polacy tak jak Portugalczycy jesteście marzycielami, walczycie o swoje marzenia."
Było to jedno z pierwszych zdań, które usłyszałam od Portugalczyków w czasie krótkich, często powierzchownych rozmów. Kto je powiedział? Jeden z tancerzy występujących podczas pochodów trwających podczas święta św. Antoniego Padewskiego, tj. 12 czerwca. Wokół Avenida da Liberdade, począwszy od ronda Markiaza Pombala ustawiane są wtedy trybuny dla widzów, inni stoją przy barierkach podczas gdy środkiem ulicy paradują kolejne grupy reprezentujące daną dzielnicę Lizbony. Gdy ktoś z przybarierkowego tłumu zakrzyknie istnieje duże prawdopodobieństwo, że podbiegnie do niego ktoś z tancerzy. Tak też ja stojąca obok barierek miałam szanse zamienić kilka słów kolejno po portugalsku (monolog ze strony tancerza), hiszpańsku, rosyjsku (tu wtrącenie mojego taty, że "da ja gawarju pa ruski"), aż wreszcie po angielsku, kiedy padło wspomniane zdanie. Zdanie, które na początku wyjazdu nakierowało mnie na pewien sposób postrzegania Portugalii - przez pryzmat Portugalczyków - marzycieli. Może to sprawiło też, że w Portugalii czułam się jak w domu, do którego kiedyś na pewno chce wrócić. Znajdziecie niewątpliwie wiele dokładniejszych, obszerniejszych, bardziej merytorycznych wpisów o Portugalii i do takich też na końcu Was odeślę. Ja za to zamierzam "sprzedać" Wam nieco portugalskiego klimatu, portugalskiego azulejos złożonego z rzuconych zdań, uchwyconych kadrów i zjedzonego jedzenia!

A więc ruszamy.
Lecimy z Warszawskiego lotniska Fryderyka Chopina - wszystko idzie sprawnie i sympatycznie, (pomijając obowiązkowe ubrudzenie się jedzeniem w samolocie), aż po trwającym 3h 45 min locie trafiamy na:
1. LOTNISKO W LIZBONIE
Lotnisko w Lizbonie, które niestety jest fatalne. Naprawdę, jeżeli możecie to jedźcie autem. Oczywiście żartuje, aż tak źle nie jest, ale polecam uzbroić się w cierpliwość. Jest słabo oznakowane, można się zgubić w drodze po odbiór bagażu, ale co chyba najgorsze - jest ono za małe. Nic dziwnego, w zasadzie ruch turystyczny nasilił się od niedawna, kiedyś takie lotnisko najzupełniej wystarczało. Obecnie jednak ludzie kłębią się, w niespotkanych dotąd przeze mnie kolejkowych ślimakach, wpierw przed odprawą bagaży, następnie przed wejściem do gate'u.
2. POGODA
Po tych niedogodnościach jednak i skomplikowanej jak polski system prawny procedurze wypożyczania auta, wraz z wyjściem na powietrze poza teren lotniska, zaczyna chcieć się żyć. Czuje się podmuchy wiatru i nie tak silne jeszcze w czerwcu promienie słońca. O te ostatnie nie trzeba się nawet specjalnie starać, gdyż w Portugalii średnio 300 dni w roku jest słonecznych, a średnia roczna temperatura w Lizbonie wynosi 21,7 stopni Celsjusza. Dla nas oznaczało to sześć dni z temperaturą 35 stopni łagodzoną często mocnymi, szczególnie wieczornymi, powiewami wiatru, oraz trzy dni temperatury ok. 45 stopni Celsjusza, co ponoć w lipcu i sierpniu stanowi normę. RADA NR 1 - JEDŹCIE W CZERWCU. Oczywiście nie tylko z tego powodu, ale jeżeli ciężko znosicie smażenie się, to zdecydowanie polecam czerwiec. Jednocześnie pamiętajcie też o zabraniu ze sobą bluz, a nawet długich spodni i zabudowanych butów, bo wieczorami bywało naprawdę chłodno. Dodatkowo swoją rolę odgrywa tu wiatr, który jak mogłoby się wydawać nie będzie silny w centrum miasta - ale właśnie, mogłoby się wydawać. Nam, białym polakom pogoda taka była jak najbardziej na rękę i podzielaliśmy odczucia Fernando Pessoi, który pisał :
"Rzeczy w słońcu dają pocieszenie, jak wszystkie rzeczy jasne
Przyglądanie się, jak mija życie pod błękitnym niebem
to dla mnie duże wynagrodzenie"
3. TRĄBIENIE
Zanim zdążyliśmy dojechać do apartamentu na Rua Luciano Cordeiro, przywitał nas dźwiękiem klaksonów południowy temperament mieszkańców Lizbony. Tym absolutnie nie ma się co przejmować, gdyż trąbią co chwilę. Na siebie, na zagranicznych, a jak z czasem zaczęłam myśleć - dla dodania sobie odwagi podczas jazdy skrajnie wąskimi uliczkami podczas gdy mijają o centymetry przechodzących ludzi.
4.KAMIENICE
Jadąc zauważyliśmy dość sporą liczbę (jak na stolicę zachodniego państwa) niewyremontowanych kamienic. I rzeczywiście Lizbona trochę taka jest. Niewyremontowana, momentami niezadbana, z wywieszonym praniem zwisającym nad głowami turystów. Ale dzięki temu jest też w tym prawdziwa. Chodząc jej ulicami czuje się, że żyją tu też zwykli Portugalczycy, że nie stała się ona jeszcze miastem totalnie przeobrażonym przez turystykę. Znajdziemy tu rzecz jasna Starbucks'y, Hard Rock Cafe, czy wszystkie inne McDonaldy, a także lokale o wystroju promowanym przez magazyny o dizajnie, leżące na dolnych półkach w Empiku, ale co najważniejsze znajdziemy także mnóstwo przydomowych restauracyjek, jadłodajni, pubów często jeszcze nieprzyuważonych przez Trip Advisor. Wracając jednak do kamienic - oprócz tych zaniedbanych są również takie z przepięknymi azulejos (Nie czytajcie alulehos, bo taksówkarz was wyśmieje. Ponoć słowo to czyta się azluejżos.)
5. AZULEJOS

Azulejos to ceramiczne płytki, które wpierw Maurowie, a później Portugalczycy używali do ozdabiania domów, miejsc kultu. Sama dźwięcznie brzmiąca nazwa pochodzi wg jednych z języka arabskiego i ichniego słowa znaczącego "gładki kamień", wg innych zaś nazwa z
aczerpnięta jest od portugalskiego słowa azul, oznaczającego kolor niebieski. Jest to prawdopodobna etymologia tego słowa, bo też azulejos, szczególnie w okresie baroku, często miały kolor niebieski i nadal spacerując najczęściej natrafia się na ten ich kolor. Choć w Lizbonie znajduje się Muzeum Azulejos, to tak naprawdę wystarczy pochodzić po ulicach stolicy by spotkać się z ogromną ilością różnych wzorów i obrazów.
6. KNAJPKI
Czyli to co tygryski lubią najbardziej. A przynajmniej tygryski z mojej rodziny namiętnie oddającej się turystyce kulinarnej. I choć przykro mi to przyznać, tym razem tygryski nieco obeszły się smakiem. Nie wiem czy to kwestia lokali na jakie trafiliśmy, (a było ich mimo wszystko wiele), czy jest to jakaś ogólna reguła, ale jedzenie Portugalczyków nie było za dobre i dość trudno się nim najeść. Choć ryby są niewątpliwie świeże to są podawane tak jakby ktoś wyciągnał je z Tagu lub oceanu pół godziny wcześniej, podsmażył na patelni i podał, z dajmy na to. frytkami oraz gotowaną marchewką. Jeżeli więc Wasze dania muszą być finezyjne i pięknie podane to macie szanse schudnąć kilka kilo. Sałatki są zazwyczaj posiekaną sałatą, z wkrojonymi pomidorami i fragmentami nieco mdłej fety, a w przypadku naszej inwencji twórczej może zostać dodana do nich oliwa albo pieprz czy vinegre. Co godne polecenia to krewetki, szczególnie te w curry, a także sardynki, czy zupa warzywna, która niezależnie od lokalu i miasta, w którym tenże się znajdował, smakowała i wyglądała identycznie. Wobec tego smutnego faktu bardziej zrozumiałym jest, że kelnerzy jeszcze przed wysłuchaniem naszych zamówień przynoszą na stół chleb, oliwę, czasem sery, oliwki, kiełbasy, na które wszyscy ochoczo się rzucają, a potem przypominają sobie, że za wspomniane się płaci, a często nikt przed tym nie przestrzega. Prawda jednak jest taka, że nie do końca po to by zjeść przychodzi się do jednego z tysięcy lokali rozsianych po ulicach Lizbony. Dla turysty wygląda to mniej więcej tak jakby co trzeci Portugalczyk miał przydomową knajpkę, w szczególności zaś na słynnej Alfamie, ale też w Bairo Alto czy na Chiado. Wiele z nich ma wyjątkowy klimat, energię. Siedząc przy stolikach wystawionych na ulice można rozglądać się po pięknej zabudowie, patrzeć na przechodzących ludzi, słuchać ulicznych grajków, którzy jednak jak zauważył Marcin Kydryński w swojej książce pt. "Lizbona. Muzyka moich ulic", rzadko zabierają się za śpiewanie fado gdyż czują wobec tej tradycji zbyt wielki respekt. Czasem jednak uda się znaleźć restaurację, w której posłuchać możemy fado nie płacąc kilkudziesięciu euro, oraz gdzie klimat wynagradza nam smak, lub jego brak, jedzenia. Takie miejsce znaleźliśmy na Alfamie.
7. ALFAMA
Alfama to dzielnica, w której obowiązkowo należy się zgubić, a chodzenie z jakimiś mapami, gps-ami, mija się z celem. Jest ona chyba najbardziej znaną dzielnicą, ale przez to też momentami bardzo tłoczną i głośną - co na jednych działa jak magnes, a innych wręcz odpycha. I tutaj powraca też kwestia czerwca wspomnianego w podpunkcie o pogodzie. Czerwiec to też miesiąc wypełniony świętowaniem związanym ze postacią św. Antoniego Padewskiego, o którego Portugalczycy kłócą się z Włochami, bo choć padewski, to urodził się on w Portugalii. Wtedy właśnie na wszystkich ulicach pojawiają się kolorowe girlandy, w bardziej turystycznych zaś dołączają do nich stragany ze sangrią, sardynkami, piwem, winem. Wszystko to wygląda na niedopatrzenie sanepidu, ale za to jak w sumie smaczne, a w szczególności jak radosne niedopatrzenie! Jednak wracając do samej Alfamy - to w niej właśnie koncentruje się najwięcej wyżej wymienionych umilaczy zwiedzania.
Było to jedno z pierwszych zdań, które usłyszałam od Portugalczyków w czasie krótkich, często powierzchownych rozmów. Kto je powiedział? Jeden z tancerzy występujących podczas pochodów trwających podczas święta św. Antoniego Padewskiego, tj. 12 czerwca. Wokół Avenida da Liberdade, począwszy od ronda Markiaza Pombala ustawiane są wtedy trybuny dla widzów, inni stoją przy barierkach podczas gdy środkiem ulicy paradują kolejne grupy reprezentujące daną dzielnicę Lizbony. Gdy ktoś z przybarierkowego tłumu zakrzyknie istnieje duże prawdopodobieństwo, że podbiegnie do niego ktoś z tancerzy. Tak też ja stojąca obok barierek miałam szanse zamienić kilka słów kolejno po portugalsku (monolog ze strony tancerza), hiszpańsku, rosyjsku (tu wtrącenie mojego taty, że "da ja gawarju pa ruski"), aż wreszcie po angielsku, kiedy padło wspomniane zdanie. Zdanie, które na początku wyjazdu nakierowało mnie na pewien sposób postrzegania Portugalii - przez pryzmat Portugalczyków - marzycieli. Może to sprawiło też, że w Portugalii czułam się jak w domu, do którego kiedyś na pewno chce wrócić. Znajdziecie niewątpliwie wiele dokładniejszych, obszerniejszych, bardziej merytorycznych wpisów o Portugalii i do takich też na końcu Was odeślę. Ja za to zamierzam "sprzedać" Wam nieco portugalskiego klimatu, portugalskiego azulejos złożonego z rzuconych zdań, uchwyconych kadrów i zjedzonego jedzenia!

A więc ruszamy.
Lecimy z Warszawskiego lotniska Fryderyka Chopina - wszystko idzie sprawnie i sympatycznie, (pomijając obowiązkowe ubrudzenie się jedzeniem w samolocie), aż po trwającym 3h 45 min locie trafiamy na:
1. LOTNISKO W LIZBONIE
Lotnisko w Lizbonie, które niestety jest fatalne. Naprawdę, jeżeli możecie to jedźcie autem. Oczywiście żartuje, aż tak źle nie jest, ale polecam uzbroić się w cierpliwość. Jest słabo oznakowane, można się zgubić w drodze po odbiór bagażu, ale co chyba najgorsze - jest ono za małe. Nic dziwnego, w zasadzie ruch turystyczny nasilił się od niedawna, kiedyś takie lotnisko najzupełniej wystarczało. Obecnie jednak ludzie kłębią się, w niespotkanych dotąd przeze mnie kolejkowych ślimakach, wpierw przed odprawą bagaży, następnie przed wejściem do gate'u.
2. POGODA
Po tych niedogodnościach jednak i skomplikowanej jak polski system prawny procedurze wypożyczania auta, wraz z wyjściem na powietrze poza teren lotniska, zaczyna chcieć się żyć. Czuje się podmuchy wiatru i nie tak silne jeszcze w czerwcu promienie słońca. O te ostatnie nie trzeba się nawet specjalnie starać, gdyż w Portugalii średnio 300 dni w roku jest słonecznych, a średnia roczna temperatura w Lizbonie wynosi 21,7 stopni Celsjusza. Dla nas oznaczało to sześć dni z temperaturą 35 stopni łagodzoną często mocnymi, szczególnie wieczornymi, powiewami wiatru, oraz trzy dni temperatury ok. 45 stopni Celsjusza, co ponoć w lipcu i sierpniu stanowi normę. RADA NR 1 - JEDŹCIE W CZERWCU. Oczywiście nie tylko z tego powodu, ale jeżeli ciężko znosicie smażenie się, to zdecydowanie polecam czerwiec. Jednocześnie pamiętajcie też o zabraniu ze sobą bluz, a nawet długich spodni i zabudowanych butów, bo wieczorami bywało naprawdę chłodno. Dodatkowo swoją rolę odgrywa tu wiatr, który jak mogłoby się wydawać nie będzie silny w centrum miasta - ale właśnie, mogłoby się wydawać. Nam, białym polakom pogoda taka była jak najbardziej na rękę i podzielaliśmy odczucia Fernando Pessoi, który pisał :
![]() |
Wspomniany Fernando Pessoa na lizbońskim Chiado |
"Rzeczy w słońcu dają pocieszenie, jak wszystkie rzeczy jasnePrzyglądanie się, jak mija życie pod błękitnym niebem
to dla mnie duże wynagrodzenie"
![]() |
| Jedną z tych niekomercyjnych knajpek jest m.in. A Ginjinha na Largo de Sao Domingo, w której można napić się tutejszejszego wiśniowego likieru. |
Zanim zdążyliśmy dojechać do apartamentu na Rua Luciano Cordeiro, przywitał nas dźwiękiem klaksonów południowy temperament mieszkańców Lizbony. Tym absolutnie nie ma się co przejmować, gdyż trąbią co chwilę. Na siebie, na zagranicznych, a jak z czasem zaczęłam myśleć - dla dodania sobie odwagi podczas jazdy skrajnie wąskimi uliczkami podczas gdy mijają o centymetry przechodzących ludzi.
4.KAMIENICE
Jadąc zauważyliśmy dość sporą liczbę (jak na stolicę zachodniego państwa) niewyremontowanych kamienic. I rzeczywiście Lizbona trochę taka jest. Niewyremontowana, momentami niezadbana, z wywieszonym praniem zwisającym nad głowami turystów. Ale dzięki temu jest też w tym prawdziwa. Chodząc jej ulicami czuje się, że żyją tu też zwykli Portugalczycy, że nie stała się ona jeszcze miastem totalnie przeobrażonym przez turystykę. Znajdziemy tu rzecz jasna Starbucks'y, Hard Rock Cafe, czy wszystkie inne McDonaldy, a także lokale o wystroju promowanym przez magazyny o dizajnie, leżące na dolnych półkach w Empiku, ale co najważniejsze znajdziemy także mnóstwo przydomowych restauracyjek, jadłodajni, pubów często jeszcze nieprzyuważonych przez Trip Advisor. Wracając jednak do kamienic - oprócz tych zaniedbanych są również takie z przepięknymi azulejos (Nie czytajcie alulehos, bo taksówkarz was wyśmieje. Ponoć słowo to czyta się azluejżos.)
5. AZULEJOS

Azulejos to ceramiczne płytki, które wpierw Maurowie, a później Portugalczycy używali do ozdabiania domów, miejsc kultu. Sama dźwięcznie brzmiąca nazwa pochodzi wg jednych z języka arabskiego i ichniego słowa znaczącego "gładki kamień", wg innych zaś nazwa zaczerpnięta jest od portugalskiego słowa azul, oznaczającego kolor niebieski. Jest to prawdopodobna etymologia tego słowa, bo też azulejos, szczególnie w okresie baroku, często miały kolor niebieski i nadal spacerując najczęściej natrafia się na ten ich kolor. Choć w Lizbonie znajduje się Muzeum Azulejos, to tak naprawdę wystarczy pochodzić po ulicach stolicy by spotkać się z ogromną ilością różnych wzorów i obrazów.
6. KNAJPKI
Czyli to co tygryski lubią najbardziej. A przynajmniej tygryski z mojej rodziny namiętnie oddającej się turystyce kulinarnej. I choć przykro mi to przyznać, tym razem tygryski nieco obeszły się smakiem. Nie wiem czy to kwestia lokali na jakie trafiliśmy, (a było ich mimo wszystko wiele), czy jest to jakaś ogólna reguła, ale jedzenie Portugalczyków nie było za dobre i dość trudno się nim najeść. Choć ryby są niewątpliwie świeże to są podawane tak jakby ktoś wyciągnał je z Tagu lub oceanu pół godziny wcześniej, podsmażył na patelni i podał, z dajmy na to. frytkami oraz gotowaną marchewką. Jeżeli więc Wasze dania muszą być finezyjne i pięknie podane to macie szanse schudnąć kilka kilo. Sałatki są zazwyczaj posiekaną sałatą, z wkrojonymi pomidorami i fragmentami nieco mdłej fety, a w przypadku naszej inwencji twórczej może zostać dodana do nich oliwa albo pieprz czy vinegre. Co godne polecenia to krewetki, szczególnie te w curry, a także sardynki, czy zupa warzywna, która niezależnie od lokalu i miasta, w którym tenże się znajdował, smakowała i wyglądała identycznie. Wobec tego smutnego faktu bardziej zrozumiałym jest, że kelnerzy jeszcze przed wysłuchaniem naszych zamówień przynoszą na stół chleb, oliwę, czasem sery, oliwki, kiełbasy, na które wszyscy ochoczo się rzucają, a potem przypominają sobie, że za wspomniane się płaci, a często nikt przed tym nie przestrzega. Prawda jednak jest taka, że nie do końca po to by zjeść przychodzi się do jednego z tysięcy lokali rozsianych po ulicach Lizbony. Dla turysty wygląda to mniej więcej tak jakby co trzeci Portugalczyk miał przydomową knajpkę, w szczególności zaś na słynnej Alfamie, ale też w Bairo Alto czy na Chiado. Wiele z nich ma wyjątkowy klimat, energię. Siedząc przy stolikach wystawionych na ulice można rozglądać się po pięknej zabudowie, patrzeć na przechodzących ludzi, słuchać ulicznych grajków, którzy jednak jak zauważył Marcin Kydryński w swojej książce pt. "Lizbona. Muzyka moich ulic", rzadko zabierają się za śpiewanie fado gdyż czują wobec tej tradycji zbyt wielki respekt. Czasem jednak uda się znaleźć restaurację, w której posłuchać możemy fado nie płacąc kilkudziesięciu euro, oraz gdzie klimat wynagradza nam smak, lub jego brak, jedzenia. Takie miejsce znaleźliśmy na Alfamie.
7. ALFAMA
Alfama to dzielnica, w której obowiązkowo należy się zgubić, a chodzenie z jakimiś mapami, gps-ami, mija się z celem. Jest ona chyba najbardziej znaną dzielnicą, ale przez to też momentami bardzo tłoczną i głośną - co na jednych działa jak magnes, a innych wręcz odpycha. I tutaj powraca też kwestia czerwca wspomnianego w podpunkcie o pogodzie. Czerwiec to też miesiąc wypełniony świętowaniem związanym ze postacią św. Antoniego Padewskiego, o którego Portugalczycy kłócą się z Włochami, bo choć padewski, to urodził się on w Portugalii. Wtedy właśnie na wszystkich ulicach pojawiają się kolorowe girlandy, w bardziej turystycznych zaś dołączają do nich stragany ze sangrią, sardynkami, piwem, winem. Wszystko to wygląda na niedopatrzenie sanepidu, ale za to jak w sumie smaczne, a w szczególności jak radosne niedopatrzenie! Jednak wracając do samej Alfamy - to w niej właśnie koncentruje się najwięcej wyżej wymienionych umilaczy zwiedzania.




Komentarze
Prześlij komentarz