Andrzej Trzebiński - Poeta niedokonany
Andrzej Trzebiński, ps. Paweł Późny, Stanisław Łomień, Andrzej Jarociński (ur. 27 stycznia 1922 w Radgoszczy koło Łomży, rozstrzelany 12 listopada 1943 w Warszawie) – polski poeta, dramaturg, krytyk literacki i publicysta, organizator i bohater konspiracyjnych wieczorów autorskich, redaktor pisma „Sztuka i Naród”, działacz Konfederacji Narodu, twórca Ruchu Kulturowego, absolwent gimnazjum im. Tadeusza Czackiego, studiował slawistykę i filologię polską. Większość spuścizny Trzebińskiego spłonęła w czasie powstania warszawskiego, ocalało łącznie ok. 400 stron. Są to wiersze, dramat Aby podnieść różę..., fragmenty niedokończonej powieści Kwiaty z drzew zakazanych, publicystyka i pamiętnik.
ŚWIAT
ROZSTRZELANY ANDRZEJA TRZEBIŃSKIEGO
Postać Andrzeja Trzebińskiego łączy
w sobie wszystkie dobrodziejstwa i tragedie swojego pokolenia. Zarówno jego
sztukę, jak i poglądy tworzy niezliczona liczba zmiennych, tkająca jedyny w
swoim rodzaju gobelin, choć pstrokaty, pełen niekonsekwencji we wzorze, to
jednak stanowiący niepowtarzalną i autentyczną w swoim nieuporządkowaniu
całość.
Pokolenie Kolumbów - zazwyczaj
szczupli, ubrani w harcerskie lub żołnierskie stroje młodzi mężczyźni patrzący
w dal. Dziewczyny z szerokim uśmiechem
na ustach i opaskami wolontariuszek na rękach. Złota polska młodzież,
Mickiewiczowskie ziarno. Idący czy to
do szkoły, czy na rynek, czy w bój - zawsze z odwagą w sercu i uśmiechem na
ustach. Nie zapominający przy tym o pisaniu wierszy czy rysowaniu na ścianach i
murach żółwi czy znaku Polski Walczącej. Może to naiwne i idealistyczne, ale
właśnie taki mniej więcej obraz młodzieży z tamtych lat pojawił się w mojej
głowie po przeczytaniu wybranego przeze mnie tematu. Tego też wzoru młodego
człowieka z czasów wojny starałam się z początku doszukać w postaci Andrzeja
Trzebińskiego. Ten zaś - jak się potem okazało - jest zarazem najbardziej
odmienną, niewtłoczoną w żaden schemat postacią wśród warszawskich literatów,
poetów i żołnierzy oraz przepiękną i ostatecznie niezmiernie bolesną sumą ich
poglądów, idei, wiary i trwogi. Poszukiwania cech wspólnych z moimi
wyobrażeniami skończyły się fiaskiem, a co za tym idzie pewną dozą
rozczarowania, która jednak, już po odrzuceniu myślenia schematami, wraz z
kolejnymi przewracanymi kartkami Pamiętnika
czy Kwiatów z drzew zakazanych
zaczynała się zmieniać w szczerą fascynację „zrywającym się w historię jak w
szturm”[1].
Utwory Trzebińskiego, stając się dla mnie pewnego rodzaju pryzmatem, ukazały całą gamę kolorów - wydawać by się mogło - tej wykonanej z brązu
społeczności, której to przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wiązały się w
jedno, nakazując, by niezwłocznie „stali się i nadeszli” [2].
Mam nadzieję, że moja ledwo widoczna
niechęć do czynienia z tego pokolenia posągów nie będzie odebrana jako wpisanie
się w popularny ostatnimi czasy nurt „odbrązawiania” bohaterów narodowych,
sprowadzania ideału w strefę śmieszności i nieważności. Jedynym celem zburzenia
schematu według, którego większość polskiego społeczeństwa postrzega młodzież
„mrocznego czasu”, jest ukazanie złożoności, nietuzinkowości tej społeczności,
osadzenie jej w konkretnym czasie i konkretnym miejscu, w danej epoce rozwoju
kultury. Wtedy to ich bohaterstwo okaże się jeszcze większe. Nie będzie tylko
sloganem, ale opinią wyrobioną sobie na podstawie rzeczywistych działań,
rzeczywistych postaci, nie zaś na podstawie cichego i nieosiągalnego pochodu
posągów.
POKOLENIE
APOKALIPSY SPEŁNIONEJ
Tadeusz Borowski, Anna Kamieńska, Krzysztof Kamil
Baczyński, Zdzisław Stroiński, Tadeusz Gajcy, Tadeusz Różewicz – to niektóre z
nazwisk pokolenia Kolumbów, rówieśników Andrzeja Trzebińskiego. Pokolenia
jedynego w swoim rodzaju i zarazem ostatniego tego rodzaju. Urodzeni w latach
1921 - 1923 stali się ucieleśnieniem polskiej myśli romantycznej czy
pozytywistycznej. Myśl ta, przed
odzyskaniem przez Polskę niepodległości w 1918 roku, pozostawała jedynie w
sferze marzeń i wyobrażeń pozostawiając Polakom intelektualną wolność
kształtowania ojczyzny, której to zaborcy nie byli w stanie im odebrać.
Natomiast pierwsze pokolenie, urodzone i wychowane w wolnej Polsce, miało być
gwarantem jej rozwoju i bezpieczeństwa w następnych latach. Jak pisze
przedstawiciel tego pokolenia, Lesław M. Bartelski, wychowywano ich w „gorącej
ideowości i patriotyzmie”[3],
które to wychowanie spowodowało, iż „zaciążyło na naszych rocznikach, bardziej
niż na jakichkolwiek innych, szaleństwo odpowiedzialności za losy kraju[…]”[4].Trzeba
nadmienić także, że wydźwięk polskiego dwudziestolecia międzywojennego, wraz z
charakterystyczną dla siebie filozofią i chęcią do działania, budowania,
wyróżniał się wśród innych, typowych dla narodów europejskich czy narodu
amerykańskiego. Te, bardziej skłaniały się w stronę pesymizmu i
egzystencjalizmu spowodowanego szokiem towarzyszącym okrucieństwom I Wojny
Światowej, która zadała kłam ideałom XIX - wiecznych myślicieli, ich wierze w
postęp , z którym sprzężony miał być także rozwój człowieka. Gdy wśród
europejskich filozofów zaczęły przeważać teorie jakoby człowiek pojawił się na
Ziemi bez żadnego konkretnego celu, prowadzące do poglądu, że „życie to absurd”[5], w
Polsce sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Katastroficzny nastrój wynikający z upadku
wiary w ludzki rozwój powodowały też powrót[S1] do pojmowania czasu już nie jako
judeochrześcijańskiej historii zbawienia, ale jako pędzącego koła historii, które
to postrzeganie wyraża się w zdaniu jednego z prekursorów katastrofizmu -
Oswalda Spenglera. Głosił on, że „los ginącego Rzymu powtarza się wielokrotnie”[6]. W
Polsce jednak katastrofizm został zniesiony na drugi plan, gdyż na pierwszy
wysforowało się zadanie odbudowania
Ojczyzny. Nie oznacza to tym samym, iż wszystkie nurty filozoficzne Europy
omijały nasz kraj szerokim łukiem, ale były one bardzo często odbierane przez
imperatyw nowej Polski, która miała być swoistym civitas terrena.[7] Nie
twierdzę tym samym, że każdy Polak w tamtych czasach kierował się
bogoojczyźnianymi ideałami. Nie zawsze musiała nimi kierować wiara w wyższe
wartości i cele, ale często, nawet nieświadomie, przeciętni obywatele
przejmowali od twórców kultury przeświadczenie, że odzyskanie ojczyzny i jej
odbudowa zacznie nowy wspaniały rozdział w jej dziejach. Dlatego też niezależnie
od nurtów - czy jak też formułował to Andrzej Trzebiński - „zygzaków
współczesnej myśli demo - liberalnej”[8]
tudzież „błędnych kół systemów myślenia neo - racjonalistycznego”[9],
które frapowały pokolenia żyjące w wolnej Polsce, najwięcej uczucia i energii
poświęcano właśnie budowie kraju. Odcięto się zatem dość szybko od
młodopolskiego dekadentyzmu, z którym rozliczył się Stanisław Brzozowski, a
rozporządzanie świadomością kulturalną obywateli przywłaszczył sobie wpierw
Skamander, a następnie Awangarda Krakowska, która jednak powróciła częściowo do
neoromantycznych idei powiązania sztuki z działaniem. Szczególnie postulował o
to Julian Przyboś, który głosił ideał literatury, a w szczególności poezji
ściśle związanej z życiem, które jest podłożem zjawisk literackich[10].
Ostatnim westchnieniem poezji dwudziestolecia międzywojennego był, jako jedyny
zresztą nie odrzucony przez pokolenie Kolumbów, polski katastrofizm, za którego
głównego twórcę uznaje się Józefa Czechowicza. W literaturze natomiast ścierały
się wciąż obecne Mickiewiczowskie czy z drugiej strony Sienkiewiczowskie wpływy
gloryfikujące Polskę, opływające patosem, jak i - patos obśmiewające i
postulujące o tworzenie nowego języka kultury[11] -
teksty Gombrowicza czy Witkacego. W polityce i filozofii mieszał się marksizm z
nacjonalizmem, ksenofobia z
kosmopolityzmem, ateizm z gorliwym katolicyzmem, a gonitwa za zachodem z
utwierdzaniem się w polskiej tradycji.
W tej całej mozaice pokolenie
mające wypełnić słowa Testamentu mojego
Juliusza Słowackiego, znane tak dobrze z tytułu powieści Aleksandra
Kamieńskiego „Lecz zaklinam - niech żywi nie tracą nadziei/I przed narodem
niosą oświaty kaganek./A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,/Jak kamienie
przez Boga rzucone na szaniec!”, musiało znaleźć siebie, złożyć w nową jakość,
która nie może zawieść, a musi spełnić swoją rolę w historii. W tym jednak kulminacyjnym
dla nich momencie, kiedy już częściowo stworzeni mieli dalej się tworzyć,
tworząc tym samym historię, spadł na nich koszmar wojny totalnej. Wojny, która
w założeniu miała prowadzić nie tylko do zwyciężenia innych, ale do ich
wyniszczenia, zrównania z ziemią ich ideałów, zabicia ducha. Nagle wszystko, co
było ważne, każdy przyjęty punkt odniesienia, w jednej chwili stał się nieadekwatny.
Stare pojęcia nijak się miały do nowego kształtu świata. Jedyną nietkniętą
przez wojnę dziedziną życia stała się poezja, która pozwalała młodym twórcom
pamiętać o życiu sprzed wojny, o człowieczeństwie[12].
Była ona mimo całego absurdu takiego stanu rzeczy najbardziej wiarygodna,
niespaczona, stała, własna. Tak też w niezwykle krótkim czasie nastało
pokolenie Kolumbów. Jak diamenty, złożone przecież z węgla, powstają bardzo
rzadko i w skrajnych warunkach tak też skrajny czas, warunki, ciśnienie historii
spowodowały nastanie pokolenia jedynego w swoim rodzaju, złożonego z
niezniszczalnej delikatności. Wobec tego faktu niewyobrażalnie przykrym jest,
że jak powiedział kiedyś Stanisław Pigoń - „Należymy do narodu, którego losem
jest strzelać do wroga brylantami”. Andrzej Trzebiński był jednym z nich.
MUSIMY
SIĘ STAĆ, MUSIMY NADEJŚĆ[13]
„Artysta jest organizatorem wyobraźni
narodowej” – motto obecne w każdym
numerze pisma Sztuka i Naród było
zarazem sparafrazowanymi słowami pochodzącymi z dzieła Cypriana Kamila Norwida,
Promethidion[14]. Sądzę, że dobrze
odzwierciedlało to, w co Trzebiński szczerze wierzył do samego końca swojego
życia. Mimo tego, że artysta głosił wiele haseł i ideologii, to jednak każde z
nich, oprócz wyżej wymienionego, poddawał
w wątpliwość, sam im nieraz przeczył. Poczucie odpowiedzialności za tworzenie i
kształtowanie wyobraźni narodowej zawsze jednak kierowało jego
działaniami. Jest to w zasadzie jedyna
trwała i spajająca jakoś ten cały chaos myślenia i odczuwania Trzebińskiego
klamra, coś czego trzymał się gdy wszystko inne zmieniało się jak w
kalejdoskopie. Od lat szkolnych, stopniowo coraz bardziej - co znacznie
spotęgował wybuch wojny - oddawał się wszelakiej działalności kulturalnej. W
tejże upatrywał sposobu włączania się w tworzenie historii, wierząc, iż „jakiejkolwiek
Apokalipsis towarzyszy jednocześnie Księga Genesis”[15].
Sprawy kultury były dla niego absolutem, do których odnosił każde działanie
swoje i innych. Nie powinno to jednak dziwić zważywszy na sposób, w jaki
kulturę pojmował - nieprzypadkowe jest przecież owo norwidowskie motto. Andrzej
Trzebiński, będący namiętnym czytelnikiem Stanisława Brzozowskiego, nie mógł
nie przejąć tego podziwu dla innowacyjności myśli Norwida, będącej jednocześnie
jedną z głównych podstaw manifestu Brzozowskiego z 1902 r.[16],
w którym to pisał o „konieczności powiązania kultury z działalnością społeczną”[17].
Takie postawienie sprawy wiązało się także z krytyką świadomości romantycznej,
która „pozostawiła romantyków jedynie na polu ducha, bez odniesienia do
rzeczywistości[18]”. Bardzo przemawiało to
do Trzebińskiego, który, jak inni z jego pokolenia, miał stać się niejako
rzemieślnikiem kultury, twórcą nowej Polski zbudowanej na nowych podstawach,
nowych ideałach. O ile przed wojną mogło to się wydawać trudne do realizacji i
wymagające od artysty zdolności wręcz boskich, by „słowo stało się ciałem”[19],
to w czasie wojny, po zburzeniu wszystkich dotychczasowych prawd, było to
według wielu całkowicie niewykonalne, co więcej - mogące prowadzić do skrajnych
poglądów i skrajnych zachowań pochłaniających
resztki człowieczeństwa. O ile w czasie pokoju takimi ideałami kierowałyby
się w życiu nieliczne jednostki i nie miałoby to większego znaczenia, to w
czasie wojny każdemu działaniu nadawano wymiar ostateczny. Nie było czasu na
próby, wszystko, co miało się wydarzyć, działo się doraźnie, brakło chwili na
rozważanie potencjalnych konsekwencji, gdyż zakażony świat, chora rzeczywistość
natychmiast potrzebowały na swoje dolegliwości antidotum. To poczucie obowiązku
i ogromne ciśnienie historii połączone u Trzebińskiego z wiarą w to, że może
zmieniać otaczającą go rzeczywistość, wymagały zarazem niezwykłej odwagi, jak i
niezwykłej pychy. Co typowe u poety doskonale zdawał sobie z tych cech sprawę, co
wybrzmiewa nie raz z jego Pamiętniku[20].
Tylko swój pogląd na sytuację uważał za pogląd słuszny, a inne sukcesywnie
dewaluował, ale też jedynie do momentu kiedy zaczynał traktować je jak swoje.
„Miłosz rozczarował mię […] jest niewątpliwie niecodzienny. wierzy silnie w
pewne rzeczy, to nie ulega wątpliwości. ale przytłacza go poczucie
odpowiedzialności. rzeczywistość”[21]–
pisał w Pamiętniku. Za ten brak
odpowiedzialności za rzeczywistość potępiał zresztą większość podziemnych
literatów. Na tym tle narósł także konflikt pomiędzy nim a jego szkolnym
przyjacielem, Tadeuszem Borowskim. Dobrze tę różnicę w pojmowaniu ukazuje
spisany przez L.M. Bartelskiego dialog pomiędzy dwoma byłymi przyjaciółmi,
który miał miejsce po tajemnych zajęciach z filozofii na ulicy Skaryszewskiej:
„[…] Nic nie zrobiłem –odparł niechętnie Borowski. – A widzisz! – krzyknął
Trzebiński z triumfem. – Jeśli nawet błądzę – dodał niespodziewanie – to
słusznie błądzę. Jak żołnierz. – Ale nie jak artysta – rzekł lekceważąco autor
cyklu Gdziekolwiek ziemia. – Artysta!
– uniósł się Trzebiński. – Co ty wiesz o obowiązkach artysty! Pustelnia
dumania, rozdzieranie szat! I będziesz czekał swojej kolejki czytając pilnie
Apokalipsę. Bywaj!”[22]
Trzebiński zawsze stawiał sprawy na ostrzu noża. Jedyną osobą, z którą
Trzebiński nawiązał bliższą relację, ktoś przez kogo nie czuł się aż tak
samotnym, był Wacław Bojarski. Jego śmierć odcisnęła na artyście ogromne piętno,
odebrała mu bowiem poparcie dla swoich poglądów i poczynań ze strony tego dobrego,
wiecznie uśmiechniętego i nieco od niego starszego człowieka. Pisał: „Wacław, ta jego śmierć ma dla mnie wartość nie straty tego jedynego,
którego ośmielam się jednak nazwać moim przyjacielem, ale mojej katastrofy
kulturalnej. Zawsze myślałem o sobie jako o motorze jakiegoś zbiorowego,
historycznego ruchu kultury. Ale dziś wiem, minęło to, pękła boleśnie ta
szansa. Jestem sam.”[23]
Zdaje się, że właśnie Bojarski jako jedyny rozumiał tę chęć do oddziaływania na
rzeczywistość bez względu na okoliczności. To spod jego pióra wyszła na łamach
pisma Sztuka i Naród krytyka postawy zarówno Borowskiego jak i innych
artystów. Wskazywał on na wyższość artystycznej postawy wyznawanej przez
otoczenie Sztuki i Narodu. Pisał
„Dzielimy się na dwa obozy. W jednym wy – zmęczeni rzeczywistością, zagubieni w
niej, ukrywający twarz w dłoniach, żeby nie oglądać draństwa i walki i
łajdactwa i męki. […] Wegetujące gdziekolwiek dobro, jeśli chce się zachować
odpowiednio w skali kosmicznej, może co najwyżej cierpieć. Postawa obozu drugiego
- to postawa walki. Jedynie ona odważa
się podjąć troskę o człowieka. Kontemplacja, załamanie rąk od tej troski
uwalnia, rozgrzesza. Nie chcemy tego rozgrzeszenia! […] Dzisiaj chodzi o to
wreszcie by d o b r o otrzymało s i ł ę.[…] Troska o człowieka? Tak, ona przede
wszystkim. Ale niech nie przybiera metody budowania sennej ojczyzny mgieł, gdy
w ojczyźnie ziemskiej żyć mu zbyt ciężko. Sztuka ma być po to, aby stworzyć w
człowieku postawę m o c n e g o d o b r
a. Tak trudniej? Zapewne. Ale i piękniej.” [24] Tenże pogląd,
przynajmniej początkowo wyrażał to, w co Trzebiński prawdziwie wierzył i co z
pasją głosił. Kurczowo trzymał się tej idei wręcz ignorując wojnę i skupiając
się na zagadnieniach sztuki. Z czasem jednak, argumenty optujące za słusznością
takiej postawy zaczęła mu wytrącać z rąk rzeczywistość wkraczająca do jego
życia w przebraniu śmierci zabierającej na drugą stronę kolejnych jego rówieśników,
zostawiająca ślady krwi rozstrzelanych na murach, które mijał, gdy szedł z
jednego na drugie spotkanie. Choć w Pamiętniku nie mówi o tym zbyt wiele
to oczywistym jest, że wojnę, jako człowiek niezwykle wrażliwy, musiał
przeżywać, a niewspominanie o niej było zapewne zabiegiem psychologicznym
polegającym na nienazwaniu dręczących go problemów, przez co pozostawiał je w
sferze uczuć, nie zaś w sferze faktów. Sam zresztą pisze „mam pisać o
przeżyciach!...o czym? o tym, że się tak męczę, że się tak strasznie męczę,
Chryste, po co mam o tym pisać.”[25]
Co typowe dla jego pokolenia, niezmiernie starał się by nie okazywać w poezji
czy też prozie patosu, skrajnych emocji, sentymentalizmu. Co jednak różni go od
pozostałych to fakt, że mu się to w znacznej mierze udało. Nie jestem jednak
pewna, czy w przypadku wojny miało to uzasadnienie, czy nie stawało się
groteskowe. Choć przyjmował postawę walki, to toczył tę walkę ponad
rzeczywistością taką, jaką była naprawdę. Jak sam pisze: „ na razie mogę [...]
jedynie myśleć, i to myśleć w ten sposób najwstrętniejszy, najmniej
odpowiedzialny: „czym bym był, gdybym mógł być”[26]. Mimo ostrej oceny innych i swojej
pychy, także siebie oceniał bardzo surowo, nie uważał się za ideał artysty, po
prostu sądził, że inni są od tego ideału jeszcze dalsi. W całym Pamiętniku zresztą widać różnicę
pomiędzy opisami własnej osoby taką, jaką jest, a taką, jaką by chciał, by
była. Pędząc, zmiatał po drodze wszystko i wszystkich by realizować ideę,
której nie potrafił dokładnie zdefiniować, która była raczej antytezą jakiejś
innej idei niż ideą samą w sobie. Mówił o sprawach nieprzystających do
rzeczywistości, i to nawet nie tyle do rzeczywistości wojennej, co do
rzeczywistości w ogóle. Zapewne, gdyby nie wojna, nie byłoby to nic niezwykłego, ot,
romantyczne uniesienie młodego, przepełnionego ideałami człowieka.
Funkcjonowałby jednak w jednej płaszczyźnie, tej samej dzień wcześniej czy
dzień później i sama ta przewidywalność życia mogłaby go wytłumić. Wojna jednak
zachwiała nawet tymi stąpającymi twardo i niewzruszenie po ziemi.
Był największym beneficjentem, a zarazem największą ofiarą swoich
czasów. Po skorzystaniu ze wszelkich możliwości rozwoju, wzbogacaniu się o nowe
idee, nurty, Trzebiński mógłby budować dalej zarówno siebie samego, jak i historię, co przez wojnę i może także
przez to niezrozumienie u innych, lub brak oparcia choćby w Bogu - które często
trzymało w ryzach jego rówieśników -
było niemożliwe. Nie mógł wcielić swoich wizji w życie. Godne podziwu są
jego upór i motywacja, by nie dać się rzeczywistości zniszczyć. Choć czuł, że: "Pochłonie
nas historia. Młodych, dwudziestoletnich chłopców. Nie będziemy Mochnackimi,
Mickiewiczami, Norwidami swojej epoki”[27],
to jednak „Nakreślał sobie ambitne plany i uważał, że nie może tracić ani
godziny„ , gdyż jak mówił „ […] raz się w to wplątałem, rzuciłem wyzwanie
historii, jestem w ogóle, musi po mnie pozostać w niej jakiś cień chociaż,
choćby nawet cień czerwony, bardzo krwawy. Trzyma mnie tylko i wyłącznie
ambicja. Nie: nie ambicja nawet – to jest jednak duma ”[28]. Mimo
że Trzebiński mówił, iż zależy mu na
kształtowaniu rzeczywistości, rzeczywistości takiej, jaką była, starał się nie
dostrzegać. Nie odnosi się to jedynie do spraw ogromnej wagi, „organizowania
wyobraźni narodowej”[29],
ale także do relacji międzyludzkich. Zdaje się, że postępował zgodnie z zasadą
„tak bardzo boję się stracić coś, co kocham, że nie chce kochać niczego”[30].
Przejawia się to w sposób bardzo wyraźny w jego relacjach z kobietami. Choć
pisał o „Annie nr 2”[31] w
Pamiętniku co rusz, to zazwyczaj
wspomina o niej w sposób wręcz groteskowy, lub kładzie nacisk bardziej na mechanizmy działania tej znajomości niż uczucia
jej towarzyszące. Pisze „czekam na ankę, choć wiem […], że nie przyjdzie.
czekam na nią, jakby mogła coś pomóc.[…] och , anna, anna, która rozrosłaś się
z loków i tych ust, i z sukienki z błyskawicznym zatrzaskiem w taki ogromny
dylemat w życiu”[32].
[1] A.
Trzebiński, Żołnierzom walczącym za
Bugiem
[2] Parafraza słów piosenki Krzysztofa Zalewskiego, Jaśniej, które brzmią następująco ;
„Musimy się stać, musimy nadejść”. Choć słowa te mogą nie mieć żadnego związku
z pokoleniem Kolumbów, to sądzę, że dobrze opisują chęć młodych ludzi do
samookreślenia, dlatego też pozwoliłam sobie sięgnąć po to wyrażenie.
[3] Lesław
M. Bartelski, Genealogia Ocalonych, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1963 , s. 7
[5] Egzystencjalizm
ateistyczny. Oczywiście istniał także Egzystencjalizm teistyczny, który za
furtkę pozwalającą wyjść z tego życia absurdów stawiał wiarę w Boga i miłość, a
co za tym idzie nadawał życiu sens i wartość.
Nie omawiam go tu jednak gdyż są to pojęcia niezwykle obszerne, a ich
przytoczenie ma na celu jedynie ukazanie pewnych różnic w rozwoju kultury
zachodnioeuropejskiej i polskiej w tym samym czasie.
[6] Z [http://dwudziestolecie-miedzywojenne.klp.pl/a-8693.html]
[7] Nawiązanie do historiozoficznej wizji św. Augustyna
z Hippony ujmującej dzieje świata jako konflikt Civitas Dei ( Królestwa Bożego)
z Civitas Terrena ( Królestwa Ziemskiego)
[8] A. Trzebiński, Kwiaty z drzew zakazanych, ze
słowem wstępnym i opracowaniem Zdzisława
Jastrzębskiego, Instytut Wydawniczy
„Pax”, Warszawa 1972, s. 302
[10] Julian Krzyżanowski, Dzieje
Literatury Polskiej, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa, 1979, s. 621
[13] Cytat z tekstu piosenki pt. „Jaśniej” polskiego artysty Krzysztofa Zalewskiego. Nie
wiem czy autor tekstu w jakikolwiek sposób inspirował się przy pisaniu tekstu
młodzieżą lat wojny, ale jestem przekonana, że słowa ‘”musimy się stać, musimy
nadejść” ciągle widniały przed oczami Andrzeja Trzebińskiego.
[14] C. K. Norwid, Promethdion. Rzecz w dwóch dialogach z epilogiem
[15] A. Trzebiński, Udajmy, że istniejemy gdzie indziej ,Sztuka i Naród [1942] nr ¾, s.
10- 14 pod pseud. Stanisław
Łomień
[16] Stanisław Brzozowski , My młodzi, 1902 . W tymże manifeście Brzozowski podkreśla „
konieczność powiązania kultury z działalnością społeczną”
[18] S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski, Studia o strukturze duszy kulturalnej,
wydanie drugie, nakł. Księgarni Polskiej Bernarda Połonieckiego, Lwów 1910
[21] A. Trzebiński, Pamiętnik, Część I, Warszawa, od 15 grudnia 1941 roku, 21 marzec
[23] L. M Bartelski, Genealogia Ocalonych, cyt.
Andrzeja Trzebińskiego [ nie podano źródła], s. 158
[24]
L. M Bartelski, Genealogia Ocalonych , Wydawnictwo Literackie,
Kraków 1963, cyt. Wacława Bojarskiego z umieszonej w piśmie Sztuka i Naród, krytyki postawy Tadeusza
Borowskiego, s. 91
[25] A. Trzebiński, Kwiaty z drzew zakazanych,
ze słowem wstępnym i opracowaniem Zdzisława Jastrzębskiego, Instytut
Wydawniczy „Pax”, Warszawa 1972, Pamiętnik
I, 5 styczeń
[26] A. Trzebiński, Kwiaty z drzew zakazanych,
ze słowem wstępnym i opracowaniem Zdzisława Jastrzębskiego, Instytut
Wydawniczy „Pax”, Warszawa 1972, Pamiętnik
I, 27 styczeń
[27] A. Trzebiński,
Wspomnienie o przyjacielu, Sztuka i Naród 1943, nr 9/10, pod pseud. Stanisław
Łomień, s. 2-6
[31] A. Trzebiński, Kwiaty z drzew zakazanych, ze słowem wstępnym i opracowaniem Zdzisława
Jastrzębskiego, Instytut Wydawniczy „Pax”, Warszawa 1972, Pamiętnik I, Warszawa, od 15 grudnia 1941 roku, 20 kwiecień



Taaak, Andrzej Trzebiński, Poeta. Aresztowany nie za działalność patriotyczną, ale drobne wówczas "przestępstwo". Rozstrzelany jako zakładnik z ZAGIPSOWANYMI ustami. Młody, mądry, wrażliwy, utalentowany, zawieruszony... Prowadzony na rzeź z ZAGIPSOWANYMI ustami. Wciąż nie mogę uwolnić się od tego obrazu...
OdpowiedzUsuńMa Pani rację, twórczość Trzebińskiego zasługuje na więcej uwagi. Tyle tylko, że publikacjami poezji zarządzają dzisiaj proletariusze.