"Nie wolno się bać. Strach zabija duszę." - recenzja "Diuny" w reżyserii Denisa Villenueve na podstawie powieści Franka Herberta
Diuna z pewnością była jedną z największych
premier ubiegłego roku. Znany reżyser - Denis Villenueve ( Sicario, Blade
Runner 2049, Nowy Początek), świetna obsada z najbardziej popularnymi aktorami
młodego pokolenia (Timothee Chalamet, Zendaya), niekwestionowany bóg muzyki
filmowej Hans Zimmer i jedna z najbardziej posągowych i kultowych przy tym
powieści science fiction pióra Franka Herbeta. Wszystkie te elementy
zapowiadały, że będziemy mieli szansę obejrzeć filmowe widowisko z wielkiego
zdarzenia. Że nic nie może się tutaj nie udać.
Gdy jednak postanowiłam przed obejrzeniem
filmu przeczytać książkę zrozumiałam, że przedstawienie jej na ekranie będzie
wymagało dużego wyczucia i zrozumienia prozy Herberta. Że wszystkie z
wymienionych wyżej składników nie wystarczą. Obawiałam się, że zabraknie tej
produkcji duszy i pewnego mistycyzmu i zostaniemy z efektowną wydmuszką. Na
szczęście tak się nie stało i mogę z czystym sumieniem napisać, że
"Diuna" to film bardzo dobry jeśli nie wybitny.
W filmowej Diunie zostały przedstawione
wydarzenia zawarte w pierwszej połowie pierwszego tomu w sumie sześciotomowej
sagi o nazwie Kroniki Diuny. Choć powieść zaliczana jest do gatunku science
fiction w moim odczuciu bliżej jej do powieści futurystycznej i filozoficznej.
Gdy poznajemy uniwersum Diuny etap walki z inteligentnymi maszynami ludzkość ma
już za sobą. W wyniku tych walk produkowanie inteligentnych urządzeń zostało
zabronione. Postęp zaś zaczął wyrażać się nie w rozwoju technologii, ale w
rozwoju człowieka. W świecie Diuny komputery zastępują ludzie - szkoleni do
tego specjalnie mentaci. Żeński zakon zwany Bene Gesserit za to rozwija
zdolność panowania nad swoimi emocjami i ciałem na poziomie komórkowym, a
krzyżując ze sobą członków najznamienitszych rodów stara się stworzyć nowego
człowieka. Znakomitą większość książki zajmują rozmyślania i analizy własnych
odczuć poszczególnych bohaterów, zadawane sobie przez nich filozoficzne pytania.
W tym to złożonym i niezwykle mistycznym świecie Herbert umieścił akcję
opowieści, która zaczyna się wraz z ukazem Padyszacha Imperatora, który rozkazuje
rodowi Atrydów zamieszkującemu planetę Caladan czym prędzej ją opuścić i objąć
we władanie pustynną planetę Arrakis, dotychczas zarządzaną przez ich wrogów,
bezwzględny Ród Harkonnenów. Wraz z przybyciem Księcia Leto Atrydy ( Oscar
Issaac) z Lady Jassicą (Rebecca Ferguson) i księciem Paulem (Timothee Chalamet)
na ich braki spada ogromna odpowiedzialność, a wraz z nią wielkie
niebezpieczeństwo. Arrakis bowiem, na której z trudem może przeżyć człowiek z
uwagi na panujące na niej temperatury, bezkres pustyni i mieszkające w niej
potworne czerwie jest niezwykle cenna, gdyż tylko na niej występuje przyprawa
zwana melanżem, silny narkotyk pozwalający przedłużyć jednak życie oraz
poszerzać granice ludzkiej świadomości, a jednocześnie umożliwiający
międzygalaktyczne podróże. Tak rozpoczyna się historia, która swoim rozmachem,
złożonością i głębią dla mnie porównywalna jest jedynie z uniwersum stworzonym
przez Tolkiena we Władcy Pierścieni. W złożonych i często niedających się jednoznacznie
ocenić bohaterach jak w soczewce odbijać się będą nadzieje i lęki otaczającego ich
świata i przewijać się wątki dotyczące ekologii, niebezpieczeństw płynących z
fanatyzmu i pokładania ufności w jednostkach oraz wolnej woli.
Pozwoliłam sobie na tę pieśń pochwalną wobec
książki, żeby uzmysłowić tym z Was, którzy jej nie czytali, jak dużym wyzwaniem
było przeniesienie tej historii na ekran tak by jednocześnie była atrakcyjna
jako utwór filmowy, a przy tym nie zatraciła głębi z książki. Wielkie brawa zatem należą się reżyserowi,
któremu to się udało. Choć pewne wątki z książki zostały pominięte, film bardzo
wyraźnie zaznaczył akcenty tej historii. Mogę mieć jedynie pewne zastrzeżenie
co do nierównego tempa tego filmu, przez co dla osób, które nie czytały książki
pewne wydarzenia mogły potoczyć się za szybko, bez wystarczającego uprzedniego
wyjaśnienia danych kwestii. Bez tego jednak Diuna i tak trwała 2 h i 35 min,
możliwe więc, że nie dało się lepiej wypośrodkować pomiędzy przedstawieniem wszystkich
szczegółów a zrobieniem filmu osiągalnego czasowo dla większej liczby widzów. Ponieważ
w filmie postawiono na ukazywanie jedynie wizji i przemyśleń głównego bohatera –
Paula Atrydy ( w tej roli naprawdę wybitnie sprawdził się Timothee Chalamet, a
ja nie jestem jego bezkrytyczną fanką), odczucia reszty bohaterów – w szczególności
Księcia Leto Atrydy i Księżniczki Jessici – musiały zostać przedstawione w
dialogach lub poprzez mimikę aktorów. To zapewne sprowokowało twórców do
dokładniejszego zarysowania relacji między bohaterami, co dzięki świetnej grze
aktorskiej Oscara Isaaca i Rebecci Ferguson udało się osiągnąć. W zasadzie, w
moim odczuciu wszyscy aktorzy spisali się znakomicie, czuć było chemię w ich
interakcjach na ekranie. Bardzo doceniam w grze aktorskiej Chalameta w tej
produkcji jego naśladowanie mimiki Issaca, w sposób w jaki dorastający syn
naśladowałby nawet mimowolnie imponującego mu ojca, którego kiedyś zajmie
miejsce. Sam Oscar Issaac zaś w moim odczuciu bezbłędnie oddał książkowego księcia
Leto, który oficjalnie stał się jednym z moich ulubionych męskich bohaterów.
Skandynawska uroda i oszczędność w grze aktorskiej Ferguson bardzo dobrze
wpasowały się zaś w mieszankę eteryczności i siły, którą emanowała w książce
Lady Jessica. Główne trio otoczone było przez świetnych aktorów drugoplanowych,
dzięki którym wykreowany świat pozostawał pełnokrwisty – wymienię tylko
niektórych – Stephen Henderson jako Tufir Hałat, Charlotte Rampling jako Matka
Wielebna, Jason Mamoa jako Duncan Idaho i Stelen Skarssgard jako Vladimir
Harkonnen.
Na dużą pochwałę zasługuje także sposób w jaki
wykreowana została estetyka tej serii. Przepiękne, szerokie i długie ujęcia,
stonowana paleta barw, gra światła. Do tego bardzo przemyślane, oddające klimat
danych postaci i całej serii kostiumy. Jak można się było spodziewać nie rozczarował
również Hans Zimmer z tworzoną przez siebie ścieżką dźwiękową idealnie łącząca znane
nam i kojarzone z danymi kulturami dźwięki z ich przesterowanym i z metalicznym
odbiciem. Dało się słyszeć wątki muzyczne na szkockich dudach i orientalne
pentatoniki. Dzięki tej muzyce czuło się, że nasza obecna kultura jest związana
ze światem Diuny i w jakiś sposób została w nim zachowana, a jednocześnie te
tysiąclecia zrobiły swoje i poszczególne dźwięki nabrały rozmiarów i pogłosów,
a czasem też dysonansów. Nie wiem czy taki był cel Zimmera, ale z powodu tej
muzyki bardziej interpretowałam tę historię jako opowieść również o nas
współczesnych i przyszłych.
Jestem też przekonana, że niektóre ze scen na
trwałe wejdą do historii kina. Na pierwszym miejscu na moim prywatnym podium
znajduje się scena, w której na planetę Caladan przybywają Bene Gesserit. Miałam
przy niej ciarki, takie jakie mam zawsze gdy we Władcy Pierścieni drużyna
wkracza do Rivendell. [ DUŻY SPOILER] Następnie scena przybycia Atrydów na Arrakis,
śmierć Księcia Leto i wizje Paula w namiocie na pustyni. [KONIEC SPOILERÓW]. Zdaję
sobie sprawę, że w recenzji tej nie było cienia krytyki i może się przez to
wydawać nieuczciwa, ale naprawdę trudno mi było znaleźć większe minusy w tej
produkcji. Zdaję sobie jednak sprawę, że przez przeczytanie wpierw książki
mogłam sobie dopowiedzieć kwestie niedostatecznie wyjaśnione w filmie i dzięki
temu, mój odbiór mógł być bardziej pozytywny, niż osób, które zetknęły się z
tym uniwersum po raz pierwszy. Myślę jednak, że możecie mi wierzyć, że naprawdę
jest to film, który warto zobaczyć i który jest kawałkiem naprawdę porządnego i
stworzonego z rozmachem i uczuciem kina. A skoro mowa o kinie to uważam, że warto
obejrzeć ten film właśnie na sali kinowej i zafundować sobie 2, 5 h pochłonięcie
przez ten świat. A potem otworzyć książkę, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście.
* założyłam bookstagrama, zapraszam na @_storieskeeper


Komentarze
Prześlij komentarz