Je suis homme (Wytrych 2016)


 

Z braku czasu ostatnio mało piszę nowych rzeczy. Dobrze, że mam w zanadrzu stare, niedobrze, że wciąż aktualne teksty. Ten pochodzi z redagowanej przez nas w liceum gazety "Wytrych", z 2016 roku.

Nie miało tak być. Chciałam napisać o czymś lżejszym i przyjemniejszym, ale niestety rzeczywistość zweryfikowała moje plany. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia (choć zdawać by się mogło, że trwają już tak mniej więcej od połowy  listopada zważając na sklepowe półki wypchane po brzegi mikołajami, czy choinki stojące przy większych centrach handlowych), święta, które  „ustawowo”  powinny przypominać nam o czymś więcej niż o tym co to znaczy „najeść się po wsze czasy” czy „jak leciała druga zwrotka Last Christmas”. Oczywiście powyższe wyrażenia stały się stety czy niestety już dawno symbolami „najpiękniejszych świąt w roku” i nie ma w tym chyba nic specjalnie złego, ot część popkultury. Przyzwyczailiśmy się do masowego zachwytu, masowego potępienia, zmasowanej pomocy. Jest to w prawdzie w pewien sposób naturalne, bądź co bądź ludzkie, nie jesteśmy samotnymi wyspami. Ta masowość odbiera nam jednak możliwość przemyślenia tego co robimy, świadomości własnych działań. Ważne jednak byśmy, jeśli nie potrafimy robić tego częściej niż od święta, przez chwilę się zatrzymali, spróbowali spojrzeć na wszystko z szerszej perspektywy i mimo wszystko otworzyli się na drugiego człowieka .

  Ostatnio stało się to wyjątkowo trudne, sytuacja geopolityczna jest coraz bardziej napięta, rozliczne reportaże w jedynych faktach czy innych wiadomościach nie napawają optymizmem. Nagle w wydawać by się mogło (lub wydawać by się miało) poukładanej i zgodnej Europie, w której przyszło nam mieszkać, coraz bardziej krystalizują się różnice światopoglądowe, konflikty interesów. Coraz gorzej rysuje się sytuacja na Bliskim Wschodzie, na zapomnianej chwilowo Ukrainie nadal giną ludzie, a rządy wielu krajów stają się coraz bardziej autorytarne ( Węgry, Turcja, Rosja). Mniejszości narodowe domagają się swoich praw, radykalne nurty zyskują na sile, a ISIS stale wzbogaca się sprzedając „nieznanym nabywcom”  kolejne beczułki ropy za pół ceny. W tym całym zamieszaniu gubimy siebie, bezradnie obieramy mandarynki wgapiając się w ekran telewizora, z którego mówią do nas kolejne poważne twarze. Skala wydarzeń sprawia, że zdajemy się na działania masowe, rezygnując częściowo z odpowiedzialności, a właśnie ten owczy pęd stanowi największe zagrożenie, wcale nie ISIS, Rosja, neonaziści, uchodźcy i inni razem wzięci. Przykładem tego bezmyślnego, chwilowego jednoczenia się, które niestety mało co ze sobą niesie jest okopywanie się w kolejnych sloganach. Dobrze pamiętam gdy 7 stycznia 2015 r. po zamachu w siedzibie pisma Charlie Hebdo, internet zaobfitował  w różnej maści wpisy i publikacje okraszone tagiem „ Je suis Charlie”. Okopane w tym sloganie społeczeństwo, słusznie zresztą przestraszone sytuacją, żałujące zmarłych i ich rodzin, nie dopuszczało do siebie jednak pytania – Dlaczego stało się to co się stało? Z sytuacji nie wyciągnięto żadnych wniosków.  Wpis na facebook-u o treści Je suis Charlie stał się widocznie wystarczającym wyznacznikiem poprawnej postawy obywatelskiej czy ludzkiej, mało kto zainteresował się co w tym piśmie było publikowane i czy rzeczywiście publikowane być powinno, lub czy rządy państw europejskich naprawdę kontrolują to kto, kiedy i w jakim celu do danego kraju przyjeżdża. Podobna sytuacja, oczywiście w o wiele większej skali miała miejsce podczas listopadowego zamachu w Paryżu w wyniku, którego zginęły 132 osoby. Ponownie facebook-a zalały wyrazy współczucia wyrażane choćby zmianą zdjęcia profilowego na takie z francuską flagą czy jedyne w swoim rodzaju napisy takie  jak Je suis Paris czy Pray for Paris. Fala masowego oburzenia, strachu, smutku przeszła przez cały medialny świat. Nasze współczucie jednak bardzo często ogniskuje się na jednym , podanym nam przez media wydarzeniu, nie wynika do końca ze szczerego zainteresowania się sytuacją na świecie. Wystarczy wspomnieć choćby o tym, że mało kto zauważył, że dzień przed paryską tragedią w średniozamożnej dzielnicy Bejrutu zginęły, także w wyniku zamachu, także zorganizowanego przez ISIS, 43 osoby, a kilkadziesiąt osób zostało rannych. 
Oglądamy kolejne tłumy uchodźców, imigrantów, przybyszy z Bliskiego Wschodu przekraczających granice kolejnych państw. Z jednej strony słyszymy o tym, żeby przyjąć ich z otwartymi rękoma, przyznać mieszkania, miejsca pracy, sprowadzić ich rodziny, z drugiej, że powinni  oni walczyć za swój kraj, a nie uciekać przed wojną, że każdy człowiek powinien żyć w obrębie swego kręgu kulturowego, że zaraz w Europie zostanie wprowadzone prawo szariatu. Obie strony mają częściowo rację, każda jednak kryje się ponownie za daną opcją, nie prowadzi to do żadnej sensownej rozmowy na temat migracji, a największym argumentem obu skrajnych stron jest to, że strona druga argumentów nie ma. I tak znowu zajmujemy się wypisywaniem „ Tak dla uchodźców”, „ Nie dla uchodźców” na kolejnych forach, a zarazem, tym działaniem coraz bardziej oddalamy się od zwykłego człowieka, patrzymy na wszystkie te wydarzenia masowo. Na naszych oczach rozgrywa się gra, w której skupiamy się nie na pionkach, ale na tym jakiego gracza tym razem poprzemy nie widząc sensu w działaniach mających wpływ na życie jednego z morza przestawianych pionków.
Jeszcze jeden przykład jak łatwo zgadzamy się na masowe oburzenie. Kiedy w lipcu amerykański dentysta zastrzelił „najsławniejszego lwa na świecie” (Newsweek), w medialnym światku rozgorzało piekło. Pojawiły się tysiące samozwańczych miłośników przyrody, przeciwników ekspansji białego człowieka, fanów fauny i flory Zimbabwe. Czy był to powód do tak wielkiego oburzenia, można na ten temat dywagować, ale w zasadzie po co? Dość, że to masowe oburzenie i tysiące nagłówków dotyczących śmierci lwa Cicila skupiły w ciągu tygodnia więcej światowej uwagi niż choćby fakt wykorzystywania biednych, afrykańskich kobiet przez ogromne okołomedyczne korporacje do testowania na nich leków w ciągu dekady. Gdzie podziała się owa troska o człowieka, krytyka kapitalizmu? Czemu nikt się nie zajął tymi tysiącami kobiet, które po testowaniu na nich leków umierają, lub przewlekle chorują?

Nie wiem czy, czytelniku, zwróciłeś uwagę na zamieszczoną przy artykule grafikę znanego powszechnie jako Banksy, ulicznego angielskiego artysty. Nie umieszczam go po to, by opowiedzieć się po którejś ze stron konfliktu palestyńsko – izraelskiego, zdaje się ,że też nie o to chodziło artyście.  Wracam tym samym zgrabnie czy też mniej zgrabnie do zbliżających się świąt. Budowane przez nas mury, nie tylko te na granicy palestyńsko- izraelskiej, węgiersko – resztoświatowej, szwedzko-gettowej, ale także wszystkie mury światopoglądowe, nie pozwalają dostrzec małych potrzeb, małych ludzi ginących na co dzień w natłoku informacji. Skupiamy się na wielkich konceptach, na wielkich działaniach, kierowaniu masą, a nie wpuszczamy do naszej obwarowanej świadomości potrzeb ludzi mijanych na ulicy, współzjadaczy kebaba przy dworcu autobusowym, kobiet sprzedających warzywa na rynku koło mieszkania babci.  A czasem, a jeśli już to jest konieczne, z okazji Bożego Narodzenia i zbliżającego się Nowego Roku wystarczy przypomnieć sobie, że po pierwsze i przede wszystkim  Je suis homme.




Komentarze

Popularne posty