Pokora mury przebija - Neoliberalne elity pokoleniem SAP?

"Każdy ma swoje własne zamiłowania: piłka nożna, kopulacja, picie piwa z puszki. Mnie natomiast ogromną przyjemność sprawia dowiadywanie się różnych ponurych rzeczy z trudnych książek".
 Stanisław Lem




Choć zdecydowanie nie zamierzam przyrównywać się do pana Lema, artykuł ten jest chyba wynikiem, podobnego u mnie, zamiłowania, choć w tym przypadku dotyczy ono bardziej gazet niż książek. Wbrew tytułowi, który zupełnie niepotrzebnie może się wydać komuś zwiastunem prostej treści, ta, nie będzie do takich najpewniej należeć. Tym samym pragnę wytłumaczyć się z długiej przerwy w pisaniu na bloga, ale rzeczy trudne wymagają dłuższego "przemielenia", a gdy już mnie takie najdą to nie opuszczą i nie pozwolą pisać o niczym innym dopóki się nimi nie zajmę. No to właśnie się zajmuję mając nadzieję, że oczyszczenie się z tego tematu pozwoli iść dalej.

Od kilku lat, choć chyba ostatnio uwidacznia się to najmocniej wraz z dojściem do głosu partii powszechnie zwanymi populistycznymi, kryzysem migracyjnym, wszystkimi europejskimi "exitami" zaczyna uwidaczniać się jakaś niewidzialna a odczuwalna przepaść pomiędzy stronami wszelkiej maści sporów wśród członków kultury Zachodu. Choć w mikroskali konflikty te opierają się na sprzecznych interesach, innych pomysłach dot. rozstrzygnięcia jakichś kwestii prawnych, administracyjnych itd, to gdy zmienimy perspektywę, wzlecimy balonem wśród chmury, to okazuje się, że to pęknięcie jest znacznie głębsze - opiera się bowiem na innym podejściu do wartości i innej ich interpretacji. Sam ten wniosek nie jest jakoś zaskakujący, ale po określeniu przedmiotu problemu, powinno się określić jego przyczyny. Bez tej analizy trudno będzie rozpocząć konieczny proces naprawczy vel budowę naszej cywilizacji na nowo. I wbrew pozorom, niezależnie od tego jak górnolotnie to brzmi, nie można tego "olać" i powiedzieć "niech się dzieje", bo choć współczesność uderza w naszą indywidualność i sprawia, że czujemy się jak kropla w oceanie to idąc za Miłoszem "lawina bieg od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach". Oczywiście ja sama absolutnie nie czuje się kompetentna by stawiać jakieś poważniejsze tezy, ale chcę przybliżyć kilka stawianych przez tych mądrzejszych, które po prostu warte są przemyślenia. 

Liberalne elity pokoleniem SAP?


              
Niedawno równocześnie prawie wyszły dwa, traktujące o podobnym problemie, co więcej dostarczające podobnych wniosków artykuł i wywiad - jeden z dodatku do Rzeczpospolitej - Plusa Minusa,a drugi z Polityki. Nie będzie więc zbytnią przesadą, jeżeli uznamy te dwa periodyki i ich redaktorów za stojących przy innych wartościach, wyznających często inny światopogląd. Zarówno jednak o. Maciej Zięba, autor dwóch bardzo obszernych artykułów w P-M oraz Michael Sandal - wykładowca Harvardu, z którym przeprowadził wywiad Rafał Woś z Polityki wskazują, że obecny kryzys, rozłam, jakkolwiek nazwiemy to, co wszyscy widzimy, jest również SKUTKIEM. Skutkiem nie tylko kryzysów gospodarczych, ale też kondycji moralnej współczesnych neoliberalnych ( w większości) elit.

Kanwą do przeprowadzenia wykładu z Michaelem Sandelem (filozofem,autorem wielu książek m.in. "Czego nie można kupić za pieniądze. Moralne granice rynku.) były jego wypowiedzi z wykładów, podczas których zachęcał studentów do tego by nie dali się ponieść fali antytrumpizmu,a raczej spróbowali zrozumieć "trumpizm", co spotkało się rzecz jasna z krytyką ze strony lewicowych elit. Profesor, który sam nazywa siebie zwolennikiem poglądów liberalnych zwraca uwagę na to, że ocena jednych przez drugich jest często wynikiem ignorancji. Zwycięstwo Trumpa i podobnych jemu ruchów na całym świecie nie było wygraną zła z dobrem, co miałoby miejsce w hipotetycznej, przytaczanej przez Sandela sytuacji "Wyobraźmy sobie, że są dwie teoretyczne oferty. Jedna to idealna liberalna demokracja, z idealnie działającymi mechanizmami obrony słabszych. Otwarta na świat, ale i niezapominająca o obowiązkach wobec wykluczonych. Druga to „idealny” prawicowy populizm z jego autorytaryzmem, hipernacjonalizmem i ksenofobią. W świecie takich idealnych bytów symetryzm faktycznie byłby nieporozumieniem. Dlatego wybierając pomiędzy teoretycznymi ofertami, ja neutralny nie jestem. Stoję po stronie liberalnej demokracji i z dala od autorytaryzmu. Ale dowcip polega na tym, że to nie jest wybór, przed którym stoimy w prawdziwym świecie.". Zamiast tego obalany powoli porządek nazwać można neoliberalnym kapitalizmem, niezwykle korzystnym dla bardzo nielicznych, choć stojących u sterów światowej polityki i gospodarki, a niekorzystnym dla szarej reszty i sfrustrowanej klasy średniej, która zrozumiała, że amerykański sen owszem jest możliwy, ale niekoniecznie dla nich. Wg Sandela zaślepiona elita przyczyn klęski upatruje w jakimś powszechnym przypływie szaleństwa, nie zwracając zbyt uwagi na swoje błędy, dziwiąc się, że inni nie podzielają ich opinii, że "najlepiej zostawić wszystko tak jak było". 

Tutaj powoli wyłania się też z oparów główna myśl mojego artykułu - bez pokory, przyznania, że mogę się mylić, może szybciej się wchodzi na szczyt, ale też z hukiem się z niego spada. Bez szacunku do drugiej strony, wysłuchania jej szybko zejdziemy z areny politycznej do piaskownicy, w której głównymi argumentami w dyskusji będą populistyczne zagrania i obrzucanie się ad personam typu "faszyści" - "komuniści", "lewaki" - "prawaki", "katobetony" - "gimboateiści".Nie trudno odkryć analogię pomiędzy sytuacją w Stanach, a sytuacją w Polsce, czy w Wielkiej Brytanii. 
                                 
Według Sandela głównym błędem liberalnych elit jest założenie, że za pomocą jedynie rynku możliwe jest utrzymanie stabilizacji i organizacji życia społecznego. Mówi - "Pisałem tam, że gdy życie społeczne opiera się na pozornie obiektywnych rynkowych zasadach, to z pozoru wszystko działa bardziej efektywnie. Ale pod spodem już trwa nieuchronny proces wypychania z życia społecznego wartości. Spójność społeczna? Partycypacja obywatelska? Godność pracy? Przecież w świecie, w którym rynek jest podstawowym kryterium, takie wartości to abstrakcja. Liczy się wzrost, zysk, marża, ekspansja. Działający według tych zasad świat neoliberalnego zglobalizowanego kapitalizmu wyłonił oczywiście sporą grupę zwycięzców. Ale jego logika zabiła po drodze te wartości, które w przeszłości wymuszały głębszą redystrybucję zysków. Stąd na naszych oczach doszło do ogromnego wzrostu nierówności." Zauważa, że złe założenia trzeba zmienić, podstawić inne zmienne do wzoru, a nie dziwić się, że wynik nie jest zgodny z zamierzeniem i mimo wszystkich przesłanek przemawiających za tym, że jednak jest "nie tak" upierać się przy jego prawdziwości. Co gorsze wspomniane przez Sandela nierówności społeczne powiększają, i tak już pokaźnych rozmiarów przepaść, potęgując widmo niezgody - pogardę. Pogarda nie przewiduje żadnej dyskusji pomiędzy wzajemnie sobą gardzącymi stronami. Jak wskazuje, obecnie szczególnie widoczne jest to u liberalnej, rządzącej elity, która swoją pozycje wywodzi ze zdolności i pracowitości, a niepowodzenia innych za wyraz ich nieumiejętności, lenistwa etc. "Elity ciągną to rozumowanie dalej. No bo skoro ich ekonomiczny sukces dowodzi ich obiektywnej wyższości, to w zasadzie w ich rękach powinna spoczywać również władza polityczna. Bo przecież oni rozumieją świat i jego wyzwania lepiej niż jakiś nieoświecony plebs. Tu merytokratyczna pycha zaczyna zderzać się z demokratyczną logiką. Pojawia się postulat, że w zasadzie to rządzić powinni technokraci, a nie politycy. Technokraci sami są jednak częścią elit i rządzą w zgodzie z elitarystyczną wizją świata. Oczywiście przekonani, że robią rzeczy obiektywnie dobre. Pogarda ubrana w szaty obiektywizmu i naukowości." - ciągnie Sandel. Druga strona zaś gardzi wspomnianą elitą mając pretensje, że doprowadzili oni do pauperyzacji klasy średniej, a co gorsza, do tego, że człowiek, pracując zdecydowaną część swojego dnia, nie czuje się ani niezbędny, ani dumny z tego co robi. Jest jednym trybem maszyny, który, gdy zacznie jakkolwiek szwankować może zostać bez szkody wymieniony na nowy "lepszy model". Klasa średnia odsunięta daleko od podejmowania jakichkolwiek ważkich dla swojej sytuacji tradycji, chcąc zerwać z poczuciem bezradności szybko zmieniającej się w agresję zaczyna buntować się na jakikolwiek sposób, między innymi głosując w wyborach na wykorzystującego tę narastającą agresje i niezadowolenie kontrkandydata przedstawiciela "elity". Kolejna sprawa to poczucie, że "współczesna demokracja to fasada. Która za wielkimi, ale pustymi sloganami o władzy ludu i społecznej solidarności skrywa zestaw zimnych reguł służących do utwierdzania władzy silnych. Znów gniew i poczucie, że ktoś ukradł nam wpływ na cokolwiek.  Populiści potrafili to dostrzec. A liberalne elity wciąż zachowują się, jakby problem nie istniał. Jakby populiści wymyślili bajeczkę i następnie przy pomocy złowrogich mocy wtłoczyli ją ludziom do głów." A na to znowu przychodzi z pomocą pogarda przelewająca się z czasem mniej, czasem bardziej populistycznych polityków na ich wyborców, których uznają za niespełna rozumu, nie zauważa jednak, że może własnie "populiści" dostrzegli problem, którego oni nie chcieli widzieć. To wszystko powoduje, że obecnie będąca w opozycji liberalna lewica jest też opozycją totalną, nie wypracowującą jednak często żadnej alternatywy, nie mającej planu b, propozycji zmiany. Zdaniem Sandela jedyną drogą dla zepchniętych liberałów jest krytykowanie tego co naprawdę ważne, przy równoczesnym wypracowywaniu władnego planu, a przede wszystkim przy zejściu z piedestału ludzi teoretycznego "szkiełka i oka" i odbudowanie kanałów komunikacji z "oburzonymi".

Tak, już w tym momencie, pewnie wszyscy czytający odetchną z ulgą, że to koniec, dostaliśmy diagnozę i receptę, możemy ubrać paltocik i czapkę i wyjść z dusznej atmosfery przychodni. Niestety, my, jak nadwrażliwi i chcący mieć pewność diagnozy pacjenci udajemy się do przychodni na drugim końcu miasta w celu przeprowadzenia badań ponownie. Jak się zresztą okaże, nasze obawy były słuszne, gdyż nowe badania potwierdzą i dopełnią poprzednią diagnozę. Zostańmy więc jeszcze chwile w dusznej osiedlowej przychodni!

Choć w diagnozie profesora Harvardu, (przynajmniej tej wynikającej z wykładu, nie jestem znawczynią całej jego twórczości) przebija też kryzys wartości i czasami moralny rozdźwięk między stronami, to jednak głównej przyczyny tego współczesnego "rozerwania" upatruje on w gospodarce, ekonomii. Inaczej dzieje się w przypadku o. Macieja Zięby (dominikanin, fizyk, teolog i filozof, członek Synodu Biskupów Europy), który obecny kryzys w dużym stopniu opiera na odmiennej hierarchii wartości, na powszechnie podzielanym stanowisku, że religia i nauka swoją wobec siebie w kontrze. Choć często jest tak, że niewierzących nie interesują zagadnienia religijne jako, że nie znajdują powodu, dla którego religia mogłaby być istotna i coś miałoby od niej zależeć sugeruję by jednak przeczytać też tę część, bo postawione tezy,a szczególnie ich rozwinięcie jest naprawdę ciekawe i wielowątkowe. Tych, których Sandel nazywa liberalną elitą, Zięba nazywa akronimem pokolenia SAP co rozwija w następujący sposób S - successful, (często też single), A - atheist (albo agnostic) i P - progressive  i interpretuje jako "grupę ludzi, którzy osiągnęli sukces, którzy nie wierzą w Boga, ale wierzą w postęp ludzkości, którego są awangardą". Można zatem odnaleźć dość ścisła analogię do grupy ludzi wskazanej przez Sandela, jak jednak przystało na duchownego Zięba do ich opisu dodaje cechę "ateista, agnostyk", co staje się niejako punktem wyjścia do rozmyślań nad tym w jaki sposób, historycznie i socjologicznie ta grupa powstała, z jakich nurtów myślowych wywodzą się byłe, lub jeszcze obecne liberalne elity, a z jakich opozycja. Na wstępie przyjmuje zaś tezę, że "... obecna sytuacja nie jest jedynie chwilową erupcją populistycznych nastrojów, ale efektem procesów , które od blisko 300 lat kształtowały kulturę europejską i sprawiają, że Europa, szerzej Zachód, taka jaką dotąd znaliśmy, anihiluje we wszystkich podstawowych wymiarach: demograficznym, duchowym, politycznym i ekonomicznym. To nie kryzys, to rezultat." Pamiętacie jeszcze jak pisałam o tym, że elita przyjęła złe założenia i nie może zrozumieć dlaczego wynik jest niezadowalający? Do tego też na początku nawiązuje o. Zięba.  W wyniku przeprowadzanych przez członków Uniwersytetu w Cambridge i University of British Columbia okazało się, że w zdecydowanej większości akademicy świata zachodniego "ustalają  normy i wzorce zachowań oraz definiują odstępstwa od normy bazując na skrajnie nielosowo dobranej i niereprezentatywnej próbce niewielkiego fragmentu ludzkiej populacji"  co z kolei " ponieważ ich wyniki są "obiektywne" i "uniwersalne", jako, że są standardami poczynionymi przez naukę, powinny stać się standardem obowiązującym we wszystkich społecznościach Zachodu i - w miarę możliwości - całego świata." Wniosek ten sformułowany został na podstawie m.in. takich danych jak te, że aż 67% uczesrników badań psychologicznych w USA i 80% poza USA  było studentami psychologii, najczęściej pierwszego roku - to znaczy, że reprezentacja amerykańskich studentów w "losowej grupie" była 4000 razy za duża. Ci zaś określeni zostali mianem społeczności WEIRD -  od Wester, Educated, Industrialised,  Rich, Democratic.

(Nie taka znowu) krótka historia upadku - (jeżeli, czytelniku, chcesz przeczytać ten artykuł na "dwa razy" to, to jest dobry moment, żeby przerwać).

Przyjrzyjmy się zatem bliżej tym procesom, które wg o. Zięby są przyczyną ,a w każdym razie jednym z głównych powodów, dla których przepaść się powiększa. Nie można nie zauważyć, że od czasów mniej więcej oświecenia Kościół Katolicki, a co za tym idzie katolicyzm sam w sobie I szerzej chrześcijaństwo, stały się głównymi wrogami oświeconych i ich nowej religii - scjentyzmu. Jak jednak we wstępie swojego artykułu pisze dominikanin "Nie można jednak – w imię intelektualnej uczciwości – nie dostrzec, że ta niechęć do religii, w tym do chrześcijaństwa, nie powstała w próżni. I twierdzenie, że te antyreligijne poglądy są jedynie wynikiem osobistych animozji albo hipokryzji SAP, jest nieuprawnionym uproszczeniem." By jednak dotrzeć do praprzyczyn musimy się cofnąć daleko w przeszłość.

 Obecne w zachodniej kulturze i uważane obecnie za "naturalne" prawa przed rozpowszechnieniem się chrześcijaństwa w pierwszych wiekach naszej ery wcale takimi nie były. Obecny i tak wyraźny dzisiaj indywidualizm, poszanowanie dla każdej istoty ludzkiej z uwagi na sam fakt bycia stworzeniem Boga, zatarcie różnic między traktowaniem kobiet i mężczyzn ( tak, wcześniej było gorzej ), a także pojęcie miłości bliźniego niezależnie od wyznania, koloru skóry czy płci co najlepiej zawiera się we fragmencie Listu do Galatów "Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie."(Gal 3, 28) były wartościami wniesionymi przez chrześcijaństwo. Podobnie jak wiara w rozwój,  wcześniej wykluczona z powodu kołowego pojmowania czasu,  w którą zaczęto wierzyć po rozpowszechnieniu się pojęcia liniowej historii zbawienia, w którą najpierw wierzyli Żydzi, a następnie chrześcijanie. To zagadnienie też podejmuje Zięba "W antyku nawet wykształcony i wrażliwy Rzymianin nie myślał o swym niewolniku w kategoriach humanitarnych. Postrzegał go jako przedmiot – res mobilis czy instrumentum vocale. Kara, jaką Marek Krassus kazał wymierzyć powstańcom Spartakusa, krzyżując co 30 metrów kolejnego niewolnika na całej 200-kilometrowej Via Appia z Kapui do Rzymu, zadziwiała swoim rozmachem, a nie okrucieństwem. Średniowiecze także nie było okresem idealnym. Sporo w nim jeszcze było „okrucieństwa pierwotnego", ale skala wynaturzeń – w porównaniu z wiekami wcześniejszymi i późniejszymi – była stosunkowo niewielka. Poza okrutnymi walkami katolików z waldensami (gdzie ekonomia i polityka także odgrywały sporą rolę) na przełomie XII/XIII wieku starcia z innowiercami czy procesy o czary były wielką rzadkością. Dopiero w XVI i XVII stuleciu stały się one nader częste, zginęło wówczas od 40 do 60 tys. osób – głównie kobiet. Najgorsze prześladowania odbywały się na terenach Niemiec, Niderlandów i Szwajcarii. W największych krajach katolickich: Francji, Hiszpanii, Portugalii i Włoszech, zginęło mniej więcej 2 tys. osób. ". O tym wpływie chrześcijaństwa jednak wielu zapomina, co niewątpliwie wynika z antychrześcijańskiego, scjentystycznego sposobu patrzenia na świat, które rozproszyło się wraz z narastającą kolonizacją po całym świecie. Wydawać by się mogło, że Zięba przyjmuje tu "typową kościelną retorykę", bezkrytyczną wobec roli Kościoła w historii, zachowań jego wyznawców. W dalszej części artykułu dostaje się jednak właśnie chrześcijanom.



Tak jak obecny kryzys jest skutkiem błędów, pychy, zaniechań pokolenia SAP/ WEIRD, tak też jego powstanie było skutkiem ogromnych błędów Kościoła, często niechrześcijańskiego postępowania ludzi podających się za jego wyznawców. Po wiekach rozwoju i jednak stopniowego humanizowania się zachowań ludzi, co wyrażało się m.in. w powstawaniu sieci uniwersytetów, odradzaniu rzymskiego prawa przez glosatorów na kontynencie, nikłej aktywności inkwizycji, rozwoju miast przyszły WIEKI GROZY, którymi Zięba nazywa wiek XVI i XVII, a które czasami niepokoju są również nazywane w podręcznikach do historii. Pisze "Dlatego tym bardziej może budzić grozę długotrwały wybuch okrucieństwa w całej Europie w XVI i XVII w. Owszem, unikając sentymentalizmu i anachronizmu, trzeba pamiętać o „duchu epoki". Okrucieństwo, sięgające czasów starożytnych, wciąż w owych czasach było normą. Wystarczy sięgnąć po Trylogię Sienkiewicza, by przypomnieć sobie, że rwanie końmi, ćwiartowanie czy wbijanie na pal nie budziło sensacji." to jednak "nawet pamiętając o wszelkich tych zastrzeżeniach, nie da się nie popaść w przerażenie, kiedy czyta się opisy zarządzonej przez arcykatolickiego króla Franciszka I Walezjusza rzezi 3 tys. waldensów w Prowansji, masakry hugenotów w noc św. Bartłomieja, podczas której zginęło ok. 20 tys. ludzi (fakt, że owe zamieszki wywołała Katarzyna Medycejska, niewiele tłumaczy; takie okrucieństwo nie byłoby możliwe, gdyby nie kultywowana nienawiść do hugenotów. I wątłym wytłumaczeniem dla papieża jest radość z powrotu Francji do ortodoksji – Grzegorz XIII na wieść o tej rzezi nakazał bowiem odśpiewać Te Deum i polecił wybić pamiątkowy medal), takoż opisy mordu waldensów w czasie „Wielkanocy piemonckiej" – zniszczeniu miejscowości Pra de la Tur, Villar i Bobbi połączonych z wymordowaniem ich ludności przez wojska księżnej sabaudzkiej, czy też kiedy się słyszy o pięciu wielkich stosach rozpalonych na polecenie zwanego przez protestantów „Szatanem Południa" Filipa II Habsburga."

 Choć powszechnie wiadomo, że chrześcijanom odwdzięczano się w ten sam sposób, nie ma to najmniejszego znaczenia, nie jest dla nich żadnym wytłumaczeniem. Według dominikanina zachowanie dużej części wyznawców Chrystusa w tamtych czasach, skala popełnionych przez nich okrucieństw, mimo dorobionej potem do tego czarnej legendy i wielu uproszczeń była niespotykana - "Choćbyśmy bowiem z jak najlepszą wolą próbowali zrozumieć tamte czasy, starając się unikać jednostronnych ocen, tym bardziej anachronicznych potępień, to jednak podstawowego pytania usunąć nie sposób: jak to możliwe, że chrześcijaństwo, które dotąd starało się przekraczać „ducha czasów" i powoli, lecz konsekwentnie go transformowało, teraz dało się całkowicie wpisać w ducha swej epoki, wyzbywając się zarazem ducha Ewangelii? Tym bardziej że kryteria oceny „czasu grozy" – pamiętając o wysiłkach podejmowanych w Christianitas, chrześcijańskiej cywilizacji, dla ograniczenia okrucieństwa – mają prawo być bardziej wymagające od ocen wcześniejszych okresów." Myśląc o tym postaje w głowie pytanie - jak mogło do tego dojść? Jak wyznawcy Chrystusa, nakazującego nadstawiać drugi policzek, kochać bliźniego jak siebie samego, zachować jedność wśród współuczniów mogli stwierdzić, że najlepszą drogą by nawracać innych będzie miecz, gdy przecież powinni doskonale wiedzieć, że "kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie?"(Mt 26, 52).

Choć poszczególne aspekty tej chrześcijańskiej katastrofy można wytłumaczyć historią, błędną interpretacją danych wersetów itd. itp., to jednak kluczem do zagadki znowu zdaje się być pokora, a raczej jej rażący brak. Pokora, której posiadanie jest zresztą podstawą bycia chrześcijaninem, jako, że "błogosławieni cisi i pokornego serca, albowiem oni dostąpią Królestwa Bożego"(Mt 11,29).
Te same pytania zadał sobie też autor artykuł w końcu przychylając się do stwierdzenia, że "Wiara religijna, także chrześcijańska, ma spory potencjał sprzyjający jej ideologizacji – przejściu z pozycji „poszukiwacza prawdy dążącego ku Prawdzie", ewentualnie „depozytariusza Prawdy, która nie jest moją własnością i mnie przekracza", na pozycję „posiadacza Prawdy". A jeżeli jestem pewien, że posiadam prawdę objawioną mi przez samego Boga, to nieuchronnie ci, którzy mają inne ode mnie poglądy, propagują fałsz. A błąd jest zagrożeniem – może zarażać ludzi. Dlatego trzeba go eliminować.", a co więcej "Dla jednych Ewangelia utożsamiła się z Christianitas. I wiele konkretnych faktów przemawiało za słusznością takiego utożsamienia. Dla drugich, także mających sporo argumentów, Christianitas okazała się zmurszała i synonimem Ewangelii stała się radykalna odnowa – Reforma. I tak stanęły naprzeciw siebie: Ewangelia przeciw Ewangelii.". Ten kryzys, graniczący momentami z totalnym upadkiem moralnym i instytucyjnym stworzył sporo miejsca dla wcześniej obecnych, lecz nie dominujących nurtów scjentystycznych, racjonalistycznych. Te, w czasie panowania Christianitas były wg dominikanina często ożywczym kontrapunktem, mobilizowały przedstawicieli Kościoła do intelektualnej pracy, zwracały uwagę na jego wady. Wraz jednak z chorobą toczącą ociężałe wtedy ciało KK  "Teraz jednak ten marginalny kontrapunkt począł się przekształcać w realną alternatywę, a z alternatywy w racjonalną szansę wydostania się z pułapki religijnych waśni i zakończenia dwóch stuleci „czasu grozy".".
Żeby nie było, aż tak poważnie - Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji!

Narodziny nowego świata

Przedstawiciele wspomnianych nurtów jednak, jak to zwykle bywa, odrzucili wszystko co było z chrześcijaństwem związane wierząc w swoją możność budowania "nowego lepszego świata" opartego na potędze racjonalnego rozumu. Prekursorem rozkwitu żelaznych racjonalistów był Kartezjusz, którego prace, poglądy i badania szybko sprowadzono do prostego równania, które Władysław Tatarkiewicz nazwał potem "kartezjanizmem połowicznym". Zięba pisze "Składały się nań przekonanie, że człowiek jest mechanizmem obdarzonym jaźnią, której istotą jest zdolność do sceptycyzmu; uznawanie za rzeczywiste jedynie idei „jasnych i wyraźnych", rozwiązywanie wszelkich problemów metodą logicznego wydzielania zagadnień szczegółowych. Konsekwencją tych założeń było umacnianie postawy skrajnego racjonalizmu i wszechobejmującego sceptycyzmu.
Tym jednak, co nadało kartezjanizmowi rewolucyjny rozmach, był pogląd autora „Rozprawy o metodzie", że każdy człowiek postępujący wedle owych reguł osiąga jedyne prawdziwe poznanie. Absolutna wiedza jest więc dostępna każdemu logicznie myślącemu człowiekowi, a powszechne używanie zmatematyzowanego rozumu poprowadzi ludzkość do doskonałości." Nietrudno dostrzec, że i tu wkrada się pycha idąca, rzecz jasna dumnie, przed każdą późniejszą porażką. Wspomniane zamiłowanie do idei jasnych i wyraźnych było, jak pisze francuski historyk Pierre Pierrard  "manią XVIII wieku  bowiem upraszczano wszystko, by móc jaśniej widzieć".
Wiarę w moc rozumu wzmagały na pewno odkrycia naukowe, m,in. Izaaca Newtona - "Pokazał, że umysł ludzki może opisać położenie ciał w całym kosmosie." "O Newtonie pisali wówczas wszyscy [...], jawił się dlań jako współczesny Prometeusz, który wykradł Bogu skrywaną przed ludźmi wiedzę.". Tym samym wraz ze zdobywaniem wiedzy człowiek powoli stawał się na równi z Bogiem, a że jak wiadomo, nie może być dwóch absolutów, bo nie byłyby one  już dłużej absolutami Bóg stał się wg Zięby "adwersarzem człowieka". Uwidacznia się to choćby w przytoczonej w artykule wypowiedzi Sartre - „jeśli Bóg istnieje, człowiek jest nicością".

„Postępując zgodnie z rozumem – pisał w 1700 r. Claude Gilbert – zależni jesteśmy wyłącznie od siebie, przez co stajemy się niejako bogami". - "pobrzmiewa tu rodzaj arogancji, który starożytni Grecy nazwali „hybris". Jest to zuchwałość zrodzona z pychy, która nadając człowiekowi boskie prerogatywy, przekracza należną mu miarę i uniemożliwia prawidłową ocenę rzeczywistości. I trzy najważniejsze prądy ideowe XIX stulecia: liberalizm, socjalizm i nacjonalizm, z zapałem zajmą się poprawianiem Boga-Stwórcy – stwarzaniem czy też konstruowaniem nowego człowieka wolnego od grzechu pierworodnego. Każdy z nich będzie to czynił w sposób „naukowy" i każdy z nich będzie mógł się podpisać pod pełnym zadufania stwierdzeniem zapisanym w połowie wieku XIX przez eksksiędza Loison: „Jeżeli dwanaście niedouczonych głów (Apostołów – MZ) potrafiło odnowić świat, to cóż my zdołamy uczynić! My, którzy po swojej stronie mamy potęgę nauki!". - komentuje Zięba.

W ten sposób też nowa wiara -scjentyzm, zastąpiła starą, w mniemaniu "nawróconych na rozum" skompromitowaną starą wiarę, której istotą jest pewność, iż dążenie rodzaju ludzkiego do coraz to większej doskonałości jest procesem obiektywnym oraz nieuchronnym. Idea ta legła u rodzących się w owym czasie, a na pewno będących w stanie rozkwitu nauk takich jak psychologia, socjologia, ekonomia czy politologia. Wraz z nią wzrosła wiara w determinizm, nawet takie koszmary jak czasy porewolucyjne we Francji, były uzasadniane koniecznością dziejową, potrzebą rozwoju.
Jak pisze Zięba "Ślepa wiara w deterministyczny postęp nieuchronnie wzmacniała oderwaną od realiów i pełną pogardy ocenę wieków średnich. Skoro bowiem społeczność ludzka konsekwentnie wznosi się od stanu prymitywnego ku stanom coraz bardziej rozwiniętym, to oczywiste jest – pamiętając o okropieństwach XVI i XVII stulecia – że w poprzednich stuleciach musiało być bez porównania gorzej." i "Dlatego dla misjonarzy „religii postępu" Bóg, konkretnie Bóg chrześcijan, jawił się jako idol mamiący masy w minionych ciemnych wiekach, a tradycja chrześcijańska jako fałsz, który dla dobra ludzkości należy zniszczyć. „Wywiązał się zatem konflikt, jakiego nigdy dotąd nie widziano. Nie chodziło już o jakieś niesprecyzowane groźby, o cząstkowe roszczenia, o herezje czy schizmy, gałęzie, które można było odciąć, aby ratować drzewo: wrogowie sięgali do samych korzeni" – opisywał klimat oświecenia francuski historyk Paul Hazard w „Myśli europejskiej w XVIII wieku". 

Choć ta podróż przez dzieje jaką przed chwilą odbyliśmy jest naprawdę długa i pewnie niełatwa, to mam nadzieję, że nikt nie wątpi teraz w jej sens. To co Zięba zrobił z historią naszej cywilizacji przypomina bowiem jakiś rodzaj psychoterapii, rozrywania zasklepionych, ale gnijących pod spodem ran, dojście do prawdy, do przyczyn raz jednych, raz innych psychicznych dolegliwości i stanów. I tak jak czasem psychoterapie porównuje się do zatrzymania się, by zawiązać but przed biegiem, by później się nie przewrócić, tak i tutaj konieczne było zatrzymanie się, rozejrzenie dookoła, zauważenie błędów i ich korekta, bo inaczej cywilizacja również może się wywrócić i możliwe, że potłuc na tyle dotkliwie, że długo nie zdoła się podnieść. Jak pisze Zięba było to konieczne gdyż - "Tylko wtedy można pojąć tę agresywną jednostronność sądów oraz fałsz używanych przez nich argumentów. Zbożny cel uświęca bowiem nieświęte środki. A celem jest „zmiażdżenie nikczemnika" (ecraser l'infame) – jak Wolter lubił określać chrześcijaństwo. Jest to więc żarliwość neofitów, którym nowa wiara daje religijny zapał, aby dopomóc ludzkości w wydobyciu się z tyranii ciemnoty i nietolerancji. Dlatego wyznawcy tej nowej religii pewni posiadanej prawdy i pewni sukcesu, nie uznawali żadnych kompromisów.Szeroko pojęty krąg encyklopedystów nie ukrywał więc swoich zamiarów. Diderot mówił z podziwem o Wolterze jako o „Antychryście", a sam Wolter potrafił się podpisać „Christmoque" (prześmiewca Chrystusa), nazywając lekarza i filozofa Juliana de la Metrriego „ateuszem króla". Miał wówczas na myśli Fryderyka II króla Prus, do którego sam pisał, że „nasza religia jest bez wątpienia najśmieszniejszą, najbardziej absurdalną i najkrwawszą (z tych, które) kiedykolwiek zakaziły ludzkość". Nie tylko jednak antychrześcijanizm i antykatolicyzm łączył się ze scjentyzmem i racjonalizmem. Mało pamięta się obecnie o towarzyszącym mu często "rasizmie połączonym z pogardą „białego człowieka" dla innych kultur, tradycji i wierzeń, a także aroganckim, pełnym wyższości stosunku do ludzi uboższych, niewykształconych i kobiet." Choć pisaliśmy wcześniej wiele o wadach i błędach Kościoła, to również zauważyliśmy jego niewątpliwy wkład w humanizację. Encyklopedyści jednak, będący wtedy prorokami nowej prawdy, prawdy naukowej postępowali często zgodnie z zaleceniami Woltera  "„Nie wahajmy się zniesławiać autorów o odmiennych poglądach, sączmy podstępnie jad podejrzeń. Niech ludzie dowiedzą się o podłościach przeciwnika, przedstawiajmy go w jak najgorszym świetle (...). Jeśli fakty temu przeczą, zmyślajmy, nie przemilczajmy żadnego z ich błędów, żadnej z wad" – pisał Wolter i dodawał: „Atakujcie z ukrycia, nie dajcie się złapać za rękę". Tak zaś pisze o działaniach Woltera wspomniany już wcześniej Paul Hazard " Karykaturalna symplifikacja, programowe niewnikanie w racje przeciwnika, przemilczanie lub zniekształcenia, nieznużone powtórzenia – oto niektóre z jego chwytów.".

Fałszywe teraz

Wg dominikanina owo zakłamanie, często już nieuświadomione, cywilizacji zachodniej nie pozwala na dyskusję, na obiektywizm. Po co bowiem dyskutować z kimś, kto jest omamiony, naiwny, "niewyedukowany", bo taki z pewnością być musi, jeżeli wierzy w te trujące cywilizację opium dla ludu, jakim jest religia. To jednak, że poglądy te miały takie pole do popisu wynikało również z ogromnej słabości Kościoła w XVIII i XIX wieku. "Owszem, nadal powstawały w nim ważne dzieła, Bóg wzbudzał w nim kolejne zastępy świętych, Kościół nadal prowadził ogromne dzieła edukacyjne i charytatywne, nadal był wpływową i zasobną ekonomicznie instytucją. Jeżeli jednak wobec wyzwania reformacji Kościół w XVI wieku zdobył się na wielki wysiłek dokonania reformy, to potem takiego wysiłku zabrakło." i "Kolejne stulecie, wiek XVIII, wyróżniało się negatywnie na tle poprzedniej epoki. Jak pisał wybitny historyk Kościoła Luis J. Rogier: „Kiedy ogarnia się spojrzeniem ewolucję kulturalną XVIII stulecia, nic nie czyni bardziej przykrego wrażenia niż stwierdzenie nieobecności Kościoła i jego władz najwyższych w dyskusji nad palącymi problemami epoki (...). Dialog ze światem, w tym tak nieustabilizowanym XVIII stuleciu, był zaniedbywany w sposób niemal systematyczny".  Co jednak zapewne najgorsze, to fakt, że w tym „nieustabilizowanym stuleciu" wiele różnych grup społecznych odczuwało zagrożenie dla swych interesów. Chcąc zatem bronić status quo i troszcząc się o swoje korzyści, posiłkowały się często sojuszem z Kościołem albo wręcz mieniły się jego „obrońcami". Stąd też – jak pisze Hazard – „wśród obrońców Chrystusa byli faryzeusze i handlarze ze świątyni. Szeregi możnych i bogatych, przekonanych, że nie potrzeba żadnej zmiany, skoro wszystko zostało urządzone dla ich korzyści. Szeregi upartych i ograniczonych, którzy woleli potępiać i chłostać, niż wnikać w sedno sporu. Szeregi fałszywych pobożnisiów, którzy za warunek zbawienia uważali przestrzeganie zewnętrznych praktyk i podnosili wrzawę, gdy tylko próbowano podważyć jakiś oczywisty zabobon, chrześcijan z nazwy tylko, bardziej pogańskich niż poganie i bałwochwalcy. Szeregi pozbawione miłosierdzia". 


Po co?

Po co się tym zajmować skoro co było minęło? "Dlatego że formuła nieobecności etyki i religii w debacie społecznej, doktryna „nagiego forum publicznego", która obowiązuje od oświecenia po dzień dzisiejszy, coraz wyraźniej pokazuje swój anachronizm i swą szkodliwość – mnożąc, a nie rozwiązując problemy stojące przed zachodnią cywilizacją." - odpowiada Zięba, podnosząc również fakt, że Kościół, może i zdecydowanie powinien wyciągnąć z tej historii naukę na lepszą przyszłość. Jak jednak ciągnie później (co przytoczę w całości)  -

"Ważna jest też dla całej Europy i szerzej – dla całego Zachodu. Współczesna Europa cierpi bowiem na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości, czyli rozdwojenie jaźni. W jednym ciele posiada i silną tożsamość nadaną jej przez chrześcijaństwo i silną antychrześcijańską tożsamość. Ta pierwsza stworzyła Europę i konstytuowała ją od VIII do XVI stulecia. Ta druga dominowała w stuleciach XVIII–XX. Jak pisałem w poprzednim tekście w „Plusie Minusie", to ta ostatnia, przyjąwszy kanon eliminowania religii i etyki z życia publicznego, narzuciła współcześnie w mediach, edukacji i legislacji swoje definicje tego, czym jest małżeństwo, jakie znaczenie ma rodzina w ludzkim życiu, jakie są dozwolone normy oraz formy wychowywania dzieci, a także swoje rozumienie seksualności i jej znaczenia, zadań edukacji oraz roli religii i etyki w życiu indywidualnym i ich (nie)obecność w życiu społecznym. Problem w tym, że owa dominująca ostatnio tożsamość antychrześcijańska jako racji swego bytu potrzebuje żywotnego chrześcijaństwa. Nie można być antychrześcijaninem w świecie bez chrześcijaństwa. Dlatego w genotyp owej tożsamości wbudowany jest gen autodestrukcji. Trzysta lat optymizmu jest już za nami. I dopiero od paru lat zaczynamy dostrzegać, że zjednoczona jak nigdy dotąd Europa znajduje się w poważnym kryzysie i politycznym, i ekonomicznym (w 2008 gospodarki europejskie wytwarzały 32 proc. globalnego PKB, w 2015 r. – 21 proc.), duchowym i społecznym (migracje, fundamentalizm islamski) oraz – odłożonym w czasie, lecz nieubłaganym – demograficznym (żaden kraj UE nie cieszy się zastępowalnością pokoleń; 17 z nich już ma ujemny przyrost naturalny). A to dopiero początek początku.".



Liberalne elity to pokolenie SAP?

W tym momencie artykuł zatacza koło, co więcej, nie dzieje się to tylko z mojej woli gdyż pod koniec swojego tekstu o. Zięba cytuje właśnie Michael'a Sandela, z którym wywiad był bazą dla pierwszej połowy tego wpisu. "Z obawy przed wywołaniem konfliktu wahamy się, czy warto odwoływać się do własnych przekonań moralnych lub duchowych w debacie publicznej" – zauważa Michael Sandel z Harvardu. „Unikanie tych kwestii nie oznacza jednak, że pozostaną one nierozstrzygnięte. Oznacza tylko tyle, że rynki rozwiążą je za nas. Takie wnioski płyną z doświadczeń ostatnich trzydziestu lat". A rozwiązywanie ludzkich problemów przez rynki jest budowaniem nieludzkiego świata." A tuż za nim Leszka Kołakowskiego "Utopia doskonałej autonomii człowieka i nadzieja nieograniczonych możliwości doskonalenia się są być może najskuteczniejszymi narzędziami samobójstwa, jakie wymyśliła ludzka kultura".

Nie mnie rozstrzygać, czy komuś z bohaterów artykułu przyznać należy więcej racji, choć nie da się nie zauważyć, że bardzo często ich tezy się pokrywają mimo, że jedne są bardziej ekonomiczno - społeczne, drugie zaś filozoficzno - teologiczne. Jednak mogę z pewnością jeszcze raz pod koniec podkreślić, że "pycha kroczy przed upadkiem", zaś "pokora mury przebija". Ta druga bowiem nie jest brakiem pewności siebie, jak niektórym może się wydawać - wtedy byłaby raczej nieśmiałością czy wstydem. Jest wartością pozytywną, która pozwala nam nie popaść w samouwielbienie, jednocześnie pozostawia nas odpornymi na manipulację, pozwala przyjąć inne wizje świata, zderzać ze sobą różne poglądy, rozwijać się i nie odtrącać tego co dobrego tylko dlatego, że chwilowo wydaje nam się inaczej. Powinna być podstawą.


Komentarze

  1. Bardzo długi, ale merytoryczny artykuł. Fajnie się go czytało. Od siebie dodam, że jest też coś takiego jak sap hcm, co także jest warto sprawdzić ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty