(Po)dróż (po)maturalna - Czyli krew z byka, Pan Grzesiu i trzy razy taxi / ETAP PIERWSZY

Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem . Cesare Pavese
Znów na chodniku piętrzył się stos naszych wysłużonych walizek; czekała nas jeszcze dalsza droga. Ale co tam, droga to życie. Jack Kerouac
Podróż jest jak małżeństwo. Podstawowym błędem jest myślenie, że możesz ją kontrolować.  John Steinback
Refleksyjny wstęp (proponuję w czasie czytania włączyć utwór Alt J - Taro na youtube)
Wbrew pozorom post ten nie będzie zbiorem "stu najlepszych podróżniczych cytatów". Trudno też nazwać nasz turystyczny wyjazd podróżą jeżeli oceniamy to jakimiś technicznymi metodami. Ale umówmy się - wyjazd pomaturalny brzmi daleko gorzej niż podróż pomaturalna. Zostanę więc przy tej nomenklaturze. Jest jeszcze pewien powód. Choć wyjeżdżaliśmy już nie raz i nie dwa na różne wakacje, wyjazdy itp., to w tym roku były one po raz pierwszy prawdziwie zasłużone - skończone liceum, napisana matura, dostanie się na studia - oraz prawdziwie samodzielne, choć wypełniające czas pomiędzy mimo wszystko dziecięcym liceum i, jak nam się wydaje, dojrzalszymi studiami. Podczas wyjazdów też, jak w żadnej innej sytuacji, wychodzi na jaw to czego się ostatnio nauczyliśmy, czym żyjemy. Wrzucamy się w inną rzeczywistość której wg. Steinback'a nie możemy kontrolować, co za tym idzie nie możemy się do niej przygotować, zastaje nas ona dokładnie takimi jakimi jesteśmy w tym momencie. To na pewno przydatna wiedza dla nas przed wyjechaniem do innego miasta, czasem kraju. No i wyjazd w grupie - też jest dobrym ćwiczeniem. Ćwiczeniem, które stało się świetną rozrywką szczególnie kiedy już po wejściu do samolotu zeszły z nas nagromadzone przez cały rok nerwy i napięcie, a na ich miejscu wygodnie rozsiadła się beztroska i ekscytacja, które towarzyszyły nam do końca wyjazdu z hasłem "carpe diem". Także, nie tracąc czasu zapraszam w podróż.

Konkretne rozwinięcie
Pomysł na wyjazd rodził się długo, i nie ukrywajmy, w bólach. Od Rzymu, przez szeroko pojętą Portugalię, po autostop po Słowenii, aż do ostatecznej wersji, która przedstawiała się mniej więcej tak:











 Z uwagi na podział kosztów liczyliśmy też na grupę pięcioosobową, której skompletowanie jest niebywałą sztuką - wystarczy wspomnieć kwestie dostępnych terminów, możliwych sympatii i antypatii, kwestie ilości pieniędzy, które przeznaczamy na wyjazd, wspólną wizję wyjazdu (tzn. bardziej kluby w dużych miastach, czy bardziej muzea), i wiele wiele innych, o których każdy kto będzie próbował tej sztuki niechybnie się przekona. Mimo nagłych zwrotów akcji, w końcu się udało. W składzie dwóch dziewczyn - Ja i Asia, oraz trzech chłopaków - Borys, Michał (Gruby), Firas ruszyliśmy na nasz niedługi, ale niezwykle obfity we wrażenia 12-dniowy wyjazd.

Już na samym początku nabrał on konkretnego stylu - nieco chaotycznie-rozpaczliwego - , co jednak zgodnie z zasadą "głupi ma szczęście" nie miało większego wpływu na jego powodzenie. Co więcej przydało mu odrobiny szaleństwa. Jako, że najtańszy lot  z Warszawy do Budapesztu jaki znaleźliśmy na Wizzairze (99 zł, jedynie z bagażem podręcznym) przypadał na termin 25 lipca, nie myśląc za wiele, szybko go zarezerwowaliśmy. Kilka dni później jednak okazało się, że na wyniki, na szczęście Uniwersytetu Warszawskiego, będą znane dopiero po południu 24 lipca, co oznaczało, że tzw. "papiery na studia" będę musiała dostarczyć w dniu wylotu. Choć już wcześniej nabrałam doświadczenia w ekspresowym zanoszeniu dokumentów w Poznaniu (obróciłam dwa wydziały w 30 minut i zdążyłam na pociąg do Zakopanego) nie wiedziałam czy znowu będę miała szczęście. Komisja rekrutacyjna zaczynała pracę od 9.00, a nasz samolot wylatywał o 10.35. Od 8.00 czekałam więc przed drzwiami licząc, że może ktoś wpuści mnie wcześniej, co szybko wybiła mi z głowy jedna z pań od rekrutacji, sympatyczna jak "panie z okienka na pekape". Ostatecznie jednak udało mi się wejść ok. 9.15, ponownie spędzić urocze kilka minut ze wspomnianą panią i dzięki błyskawicznej interwencji mojego Dziadka, taksówką popędzić na Warszawskie Okęcie, gdzie miała czekać na mnie reszta ekipy jadąca pociągiem z Bydgoszczy. Na szczęście udało się nam to i ze swoimi mikroskopijnymi bagażami i jedną dużą walizką ( dokupiliśmy ją za 80 zł) wdrapaliśmy się na pokład samolotu, gdzie automatycznie nasz tryb funkcjonowania przełączył się wreszcie na wakacyjny. Oczywiście lot skończył się zanim zdążyliśmy pomyśleć o tym, że lecimy. Co warto wspomnieć bagaże podręczne do WIZZAIR-a są naprawdę małe, takie, które starczą akurat na kilka dni, chyba, że będziemy możliwość co dwa dni coś przepierać.

BUDAPESZT
Tak, pierwszym przystankiem był Budapeszt. Który najpierw zachwyca, potem zadziwia, a na końcu do siebie przyzwyczaja. Zachwyca rozmachem, mostami przerzuconymi przez Dunaj, łączącymi od 1873 roku już jedno miasto Budapeszt (wcześniejsze Peszt, Budę i Obudę ). Ilością monumentalnych budynków, szerokich ulic. Tym samym też zadziwia, szczególnie osoby, które mają coś wspólnego z historią, gdy zorientują się, że 3/4, jak nie więcej tych pocztówkowych symboli miasta zostało zbudowanych po 1867 roku, kiedy cesarz austriacki koronował się na króla Węgier tworząc tym samym Cesarsko- Królewską Monarchię Austro - Węgierską. Ponoć pod koniec XIX - ego wieku Budapeszt swoim rozmachem doganiał Wiedeń, a tempo jego rozwoju było zatrważające - świadczy o tym choćby liczba mieszkańców, która od początku wieku zwiększyła się aż dwudziestokrotnie! Możliwe, że obecna buńczuczność Węgrów, a jak mieliśmy się później przekonać ich niezbyt sympatyczna postawa wynika z tęsknoty za dawną wielkością - po rozpadzie Austro - Węgier w 1918 roku Węgry straciły, aż 2/ 3 swojego terytorium.

Gdy zeszliśmy z pokładu samolotu, jakkolwiek idiotycznie to nie zabrzmi, tak nastawieni byliśmy na zjedzenie węgierskiego gulaszu, że czuliśmy go całą drogę wiodącą przez lotnisko im. Liszta Ferenca ( pianista i kompozytor okresu romantyzmy, taki węgierski odpowiednik Chopina, którego zresztą znał, jak i wielu innych przedstawicieli polskiej kultury I połowy XIX - tego wieku). Od razu na lotnisku spotkaliśmy się z pierwszą trudnością, która przez cały czas pobytu w Budapeszcie miała nam dokuczać - mianowicie z obliczaniem czy dana rzecz jest droga czy nie. Jeżeli chodzi o euro  sprawa jest prosta - mnożymy cenę razy 4.2 i nietrudno nam jest uzmysłowić sobie jej polską równowartość. Jednak jakiś artysta finansjery węgierskiej czy inny mechanizm ukryty przed zwykłym śmiertelnikiem sprawił, że kurs forinta (HUF) zmuszał nas do dzielenia każdej ceny przez liczbę 64,8. Jak więc nietrudno się domyślić, choć większe wydatki skrupulatnie dzieliliśmy, to przy mniejszych, np. kupnie wody, z tego rezygnowaliśmy. I tak przez 1,5 dnia przepłacaliśmy mniej więcej po 5 złotych nawet na wodzie. Polityka rządu Victora Orbana spowodowała także to (niezależnie od jej oceny), że sklepy takie jak Tesco, Aldi czy Spar i szeroko pojęte markety i hipermarkety zniknęły z centrów dużych miast, tym samym oczywiście jeszcze bardziej  niż Warszawa od reszty Polski odstającego od reszty Węgier Budapesztu. Ich miejsce zajmują za to rodzime sklepiki, ewentualnie mniejsze franczyzy co ma na pewno plusy dla wizerunku miasta, ale minusy dla portfeli turystów takich jak my. Choć uparcie szukaliśmy przez pierwsze 1,5 dnia jakichś odpowiedników "żabek", "małpek" i innej menażerii to trafialiśmy raczej na sklepy typu mała "alma". Wszystkie te czynnik spowodowały, że nawet moi ogarnięci znajomi, np. Asia, pogubili się w tym co się opłaca a co nie i ile w zasadzie pieniędzy wydajemy. Da się tego nauczyć, ale nam zajęło to chwilę, mimo, że przed wyjazdem czytaliśmy, że ceny w Budapeszcie mogą być najwyżej o kilka procent wyższe niż w Warszawie. Oczywiście, jak przystało na jedną z europejskich stolic często możliwa jest zapłata w euro, ale po tak nieuprzejmie niekorzystnym kursie, że lepiej płacić w forintach.




By dojechać do centrum, musieliśmy spędzić 40 minut w autobusie, którym przejeżdżaliśmy przez mniej wystawne dzielnice Budapesztu, po zobaczeniu których trudno sobie wyobrazić niezwykle imponujące centrum - tak nabrali się Michał i Firas będący w Budapeszcie po raz pierwszy. I rzeczywiście centrum Budapesztu pojawia się jakby niespodzianie i nie przystaje trochę do teraźniejszej pozycji Węgier. Ponoć zresztą jak można się dowiedzieć m.in. z książki Ziemowita Szczerka pt. "Międzymorze", nigdy nie przystawało. Budapeszt był bowiem dla Węgrów miejscem, które po latach przebywania pod obcymi wpływami miało być pomnikiem niezależności i wielkości Węgier. Tak też ładowane weń były wszystkie spływające dla uspokojenia nastrojów z Wiednia pieniądze. Tłumiony żywioł węgierski wreszcie, też dzięki protekcji Elżbiety Bawarskiej, żony Franciszka Józefa I, mógł zakwitnąć i ukazać się w całej okazałości.
My jednak mknęliśmy przez mniej widowiskowe dzielnice, by wysiąść w centrum i odebrać klucze od wynajmowanego przez nas apartamentu z firmy A.C. Holiday Apartments . Pan wydający nam klucze okazał się niezwykle radosnym i pomocnym człowiekiem i samą firmę mogę z całego serca polecić. Zachowanie pana sprawiło, że zaczęliśmy wierzyć w prawdziwość powiedzenia "Polak Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki" co niestety, jak się później okazało było wiarą zbyt naiwną. Zmęczeni, ale szczęśliwi, z pikającymi detektorami przygody dość ociężale ruszyliśmy w stronę apartamentu, którego lokalizacja, mimo, że niby znaliśmy ją wcześniej, bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Okazało się, że mieszkamy w kamienicy nie dalej jak z 400/500 metrów od znanej Bazyliki św. Stefana, a siedząc na parapecie w pokoju i jedząc na nim śniadanie mieliśmy idealny widok i na bazylikę i na ulicę Zrinyi Utca prowadzącą  nad Dunaj. Cena na osobę za dobę była niepokojąco niska, wynosiła bowiem 40 złotych, jednak wszystko, oprócz ciepłej wody w kranie, było na swoim miejscu. I ta kuchnia połączona z pseudosalonem - wprost stworzone do robienia kameralnych imprez po dniu zwiedzania, które polegały na piciu Tokaja,jedzeniu papryki i salami oraz wykrzykiwaniu "Krew byka", co z nie do końca znanych przyczyn stało się naszym hasłem.




Jednak nie imprezy wypełniały nasze dni, a do hasła "krew z byka" dołączyło "nie śpimy, zwiedzamy" co przyczyniło się do tego, że gdy pod koniec trzeciego dnia pobytu spytaliśmy w punkcie informacyjnym co jeszcze możemy zobaczyć, wyjątkowo miła pani stwierdziła, że zobaczyliśmy już wszystko. Było to ogromną przesadą, co uzmysłowiliśmy sobie po powrocie do domu i poczytaniu o innych jeszcze ciekawych miejscach w Budapeszcie, ale jak każda przesada i ta zawierała w sobie ziarenko prawdy. Po zostawieniu rzeczy pierwszego dnia udaliśmy się w stronę Dunaju robiącego niesamowite wrażenie. Po przejściu Mostu Łańcuchowego, wybudowanego w pierwszej połowie XIX - tego wieku  klucząc uliczkami wśród kamienic byłej Budy  przedostaliśmy się na Plac Świętej Trójcy - miejsce, w którym można zobaczyć Kościół Macieja Korwina (jednego z ulubionych królów Węgrów) i Basztę Rybacką. I o ile zazwyczaj najlepiej sprawdza się praktyka pytania miejscowych o drogę, tu na niej, mimo ciągle ponawianych prób przełamania impasu, nie polegaliśmy, bo naprawdę mało kto dobrze mówił po angielsku, lub był chętny do pomocy. Wracając jeszcze do Mostu Łańcuchowego to istnieje pewna  legenda, o której ponoć większym grupą mówią wszyscy przewodnicy typu erotoman gawędziarz. Przy wejściu na most można zobaczyć wykute lwy, które ponoć ryczą gdy po moście idzie dziewica. No i co? No i już dawno nie ryczały. Kurtyna.

Kościół Macieja jest imponujący, choć wstyd przyznać, zobaczyliśmy go jedynie z zewnątrz, bo zwiedzanie było możliwe do godziny 17.00. Ponoć warto wejść do środka, są też bilety na wieżę widokową, wyższe "piętro" Baszty Rybackiej i wspomniany kościół, ale wydaje mi się, że wieża widokowa nie ma większego sensu, bo widok z samego poziomu Baszty Rybackiej jest imponujący, a jeszcze lepszy i dostępny dla każdego można zobaczyć ze Wzgórza Gellerta, na które mieliśmy wejść za dwa dni.
Po zjedzeniu skromnego obiadku w restauracji o świetnej nazwie (Pestbuda) , ale zdecydowanie mniej świetnej obsłudze ruszyliśmy w stronę Zamku Królewskiego w Budzie, do którego prowadził dosłownie labirynt wiodących między murami i wzniesieniami ścieżek - sam teren, na którym położona była dawna Buda jest górzysty, a chodzenie po niej przypominał nieco chodzenie po Lizbonie. Zamek pochodzi niby z XIII wieku, ale jak prawie na każdym zabytku w Budapeszcie odcisnął się na nim wyraźnie XIX wiek, kiedy Franciszek Józef I podjął decyzję o dalszej rozbudowie pałacu. Dla Węgrów zamek stał się kolejnym pomnikiem ich narodu, mającym ukazać siłę Wielkich Węgier. Obecnie we wnetrzach znajduje się Narodowa Galeria Sztuki, w której nie byliśmy, ale ocena na Trip Advisor była dość wysoka. Koło 22.00 stwierdziliśmy, że pora wracać do naszego tymczasowego mieszkanka, w
którym byliśmy po przylocie przez niecałe pół godziny, po to tylko, by zostawić bagaż. Tak przechodziliśmy w zachodzącym Słońcu ponowonie Most Łańcuchowy,później obok pana, który grał na pile (tak, na pile, też grałam, bo wrzuciłam pieniądz), muzułmańskiej rodziny, najdroższych, jak nam się wydawało, z możliwych sklepów. Do tych ostatnich musieliśmy wejść coś kupić i czuliśmy się mniej więcej jak śpiewający "Wzburzone wody Bajkału" w "Mistrzu i Małgorzacie" urzędnicy - przemęczeni nie za bardzo wiedzieliśmy co i za co kupujemy (sama mało przydatne i drogie rzeczy), ale ostatecznie szczęśliwie doczłapaliśmy się do domu, zagraliśmy nie raz w "Konflikt światowy", aż wreszcie wylądowaliśmy w łóżkach z głową pełną obrazów.

"Hej miśki, czas wstać, jak można tak spać, wasz sen już całe wieki trwa, no dalej Miśki, raz dwa!". "Cholera, Firas!". - tak zaczął się poranek następnego dnia. Po zwleczeniu się wijącymi schodami udaliśmy się w stronę pierwszego punktu dnia - Bazyliki św. Stefana, największego kościoła w Budapeszcie. Daleko nie mieliśmy, niecałe 400 metrów. Samo wejście do kościoła kosztuje 2 euro, a opłatę uiszcza się (bez oszukiwania Janusze!) wrzucając do skarbonki ów pieniążek. Warto jednak, oprócz wnętrza wejść na wieżę widokową, choć robiąc to możemy spalić z połowę gulaszu. Na tarasie widokowym jest dość tłoczno, ale widok szczególnie nam się spodobał, gdy zobaczyliśmy miejsca, w których byliśmy dzień wcześniej i Parlament, który miał być kolejnym punktem "wycieczki". Wystrój samego kościoła zrobił na nas wrażenie dość ciężkiego, ale przepiękna jest mozaika przedstawiająca Boga Ojca widniejąca u szczytu kopuły (już drugiej, pierwsza zawaliła się do środka w 1868 roku). Co ciekawe jest też kaplica naszej (polskiej) Czarnej Madonny, której wizerunek umieszczony został między polską a węgierską flagą. Jest też ręka św. Stefana, patrona kościoła, pierwszego króla Węgier.

Poszliśmy dalej, w stronę Parlamentu. Po drodze mijaliśmy fontannę i pomnik upamiętniający niemiecką napaść na Węgry w czasie II WŚ, a bezpośrednio przed pomnikiem rozstawiony szereg krzeseł z napisami w różnych językach, jakby tłumaczonymi za pomocą google translator. Z tego co zdołaliśmy zrozumieć wynikało, że wg protestujących obecny rząd zakłamuje historię Węgier i wymazuje węgierski współudział w niemieckich zbrodniach, ukazując ich jako ofiary. Po drodze z radością natknęliśmy się na Spar-a, (szpara) i jego akceptowalne ceny żywności, które pozwoliły nam nakarmić Firasa, co było jednym z warunków utrzymania pokojowych stosunków wśród grupy. Po drodze spotkaliśmy pomnik prezydenta Reagana (ach, ta wspólnota skojarzeń krajów zza żelaznej kurtyny), aż dotarliśmy pod budynek parlamentu, który jest trudny do opisania. Powstał, jak nietrudno się domyślić w XIX -tym wieku, a dokładnie w latach 1885 - 1904. Pierwsze posiedzenie odbyło się jednak już w 1896 roku, na 1000-lecie istnienia Węgier. Jego budynek widnieje na prawie każdej kartce pocztowej i na co drugim zazwyczaj kiczowatym pamiątkowym magnesie na lodówkę, ale jego sława naprawdę nie jest przesadzona. To jeden z największych budynków parlamentu na świecie, najwyższy budynek w Budapeszcie, przy którego budowie pracowało 1000 osób, a zużyto 40 kg złota, 40 milionów cegieł oraz pół miliona kamieni szlachetnych. Neogotyckie wieże głównej fasady górują nad wodami Dunaju i naprawdę jest to widok przywodzący na myśl jakieś tajemnicze mocarstwo. Zrobiliśmy sobie przed nim jakieś sto dwa tysiące zdjęć stojąc na placu Kossuth Lajos ter, na którym stał też pomnik wspomnianego w nazwie placu węgierskiego wojownika o wolność, który sławą okrył się podczas Wiosny Ludów. Możliwe jest zwiedzanie parlamentu, ale jak już wcześniej sprawdziliśmy, tylko w oprowadzanej grupie. Ponoć zdarzają się oprowadzania po Polsku, ale, tego dnia nie mogliśmy na takie liczyć, podobnie jak i na te po angielsku. Zdecydowaliśmy się na język rosyjski i ustawiliśmy się na około 20 minut w kolejce. Na oprowadzanie często trzeba czekać kilka godzin, tak było w naszym przypadku, mieliśmy ponad 2 h czekania, które wykorzystaliśmy na zjedzenie wrapów w odpowiedniku Salad Story i na przebieżkę do apartamentu po stroje kąpielowe - potrzebne na termy, o których potem. Jak to zwykle bywa gdy ma się za dużo czasu to ma się za mało czasu, więc ledwo zdążyliśmy i podczas zwiedzania zawieśliśmy gdzieś pomiędzy grupą rosyjską i włoską co niezmiernie irytowało miłych, jak większość spotkanych dotychczas Węgrów ochroniarzy, którzy już wcześniej patrzyli na nas dość podejrzliwie, kiedy przeglądali nasze torby, w ktory były stroje kąpielowe, klapki, szampony i mydła. Choć nie wiem dokładnie ile wydaliśmy na to oprowadzanie, to było tego warte. Nie, żeby styl wewnątrz szczególnie mi się podobał, ale jego przepych, ilość zdobień, wielkość, powodowały to, że szeptaliśmy do siebie "wow", "kurde", "jej,























 "Mamy coś takiego w Polsce? Jakiś odpowiednik?".
C.D.N.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty