Subiektywny (nie)przewodnik po Portugalii vol.2

Po długim czasie wypełnionym odbieraniem wyników z matury, dwutygodniową chorobą, ale też zdaniem prawa jazdy (nie mogłam się powstrzymać, wszystko za pierwszym!) wreszcie wracam z kolejną częścią nieprzewodnika, o którą nawet, ku mojemu zdziwieniu kilka osób mnie pytało, co jest niezmiernie miłe. Po tej prywacie ponownie zapraszam, do kraju, w którym można najładniej tęsknić.

ALFAMA

Na Alfamie skończyłam ostatni post i nią też rozpocznę. Ponieważ w Portugalii obowiązuje południowy podział dnia na fiestę i siestę, nie warto z nim walczyć, a bardziej się do niego dostosować. Jeżeli chcemy zobaczyć alfamskie domy, warto wybrać się tam w okolicach południa i wczesnego popołudnia. Wtedy też stragany świecą pustkami, można porobić zdjęcia bez niebezpieczeństwa, że taka a taka pani wejdzie nam w obiektyw. Co innego późnym wieczorem. Wtedy Alfama spowita jest mgłą, która, jak się szybko okazuje, nie jest niczym innym jak dymem z setek grillów. Towarzysząca tej "mgle" portugalska muzyka, która polubiłaby się na pewno z naszym disco-polo, oraz ciepło i sprzedawane piwa i sangrije sprawiają, że można poczuć się trochę oszołomionym. Mnie samej szybko zaczęło kręcić się w głowie. Co do sangriji to zdecydowanie najlepszą piliśmy na ulicy widocznej na zdjęciu obok. Choć szyld ponoć jest tylko tymczasowy, czerwcowy, to jednak ulica zostanie ta sama, jak i sangrija, która jest pyszna, a jeszcze milsza jest sprzedawczyni. Tutaj pojawia się tzw. anegdotka. Otóż gdy spytałam tejże sprzedawczyni - How strong is it?
Odpowiedziała - Well, hm, where are you from?
- From Poland
- Oh yup, than it is no strong at all.
I prawda, sangrija nie jest mocnym alkoholem, ale upał robi swoje.
 Wracając, wieczorem w Alfamie można się chyba najlepiej pogubić. W tym dymie już absolutnie nie wie się dokąd się idzie. Tak też trafiliśmy do pewnej wyjątkowej knajpki.

FADO
 via Wikipedia i wiedza własna Fado - (port. los, przeznaczenie). Gatunek muzyczny powstały w XIX wieku, w biednych portowych dzielnicach. To melancholijna pieśń, często traktująca o tęsknocie - za ukochanym, za odległymi lądami - oraz o saudade - fatum. Istnieje kilka odmian fado, które związane są z danymi miastami. Istnieje fado z Lizbony, Coimbry oraz Porto. Wykonawcy, niezależnie od miasta, muszą być ubrani w czarne stroje. (W Coimbrze wykonawcami mogą być jedynie mężczyźni ubrani w peleryny, w nawiązaniu do tamtejszych studentów, którzy śpiewali swoim wybrankom.) Najsłynniejszą pieśniarką fado była Amalia Rodriges. Muzykę fado możemy usłyszeć m.in. w audycji Marcina Kydryńskiego z radiowej Trójki.


Wspomniany wyżej lokal, był restauracją, w której  mieliśmy okazję posłuchać fado na żywo. Co więcej fado wydobywające się z gardeł czterech wykonawców, którego słuchanie nie łączyło się z wydaniem grubych milionów, a co nawet ważniejsze, mieliśmy wygodne miejsca siedzące. Choć samo fado jest niby bardzo popularne, to jak już pisałam uliczni artyści się za fado nie "zabierają", a tzw. lokale fado za wejście kasują często opłatę wynoszącą od 45 do 75 euro. Dlatego bardzo ucieszyliśmy się, gdy przywiedzeni potężnym kobiecym głosem, dotarliśmy do restauracji, której nazwy niestety nie pomnę. Gdy już do niej doszliśmy, zobaczyliśmy kobietę, która  wyglądała jak gosposia z lat 60-tych, a jej  ogromnemu głosowi towarzyszyły dźwięki dwóch gitar - 12-strunowej, która prowadzi główną melodię, oraz gitary rytmicznej, akustycznej. Jak się okazało po powrocie do domu zdjęcie tych artystów znajduje się też w książce Marcina Kydryńskiego pt. "Lizbona - muzyka moich ulic". (Swoją drogą siedzący obok nas Polacy chodząc ulicami na wyżej wymienionego dziennikarza się natknęli i ponoć była to dla nich dość wątpliwa przyjemność.) Po tej artystce pojawiła się kolejna, a następnie też artysta. W połowie wykonywanej przez niego pieśni dołączył do śpiewania młody chłopak, jak później się okazało, jego syn. Widać rośnie nowe pokolenie śpiewaków. Oprócz słuchania fado, można było tam zjeść i wypić, przy czym zdecydowanie polecam to drugie, ale tylko jeżeli mówimy o piciu alkoholu. Jedzenie standardowo nie należało do najlepszych - oprócz musu z mango - ten był wyborny. Co do herbaty i wody to wszędzie są one bardzo drogie, często dużo droższe niż przepyszna kawa. Za to wino jest i dobre i stosunkowo tanie. Także polecam popijanie w tamtym miejscu wina i słuchanie fado. Nie ma za nie dodatkowej opłaty, choć po występach artyści przechadzają się między stolikami i generalnie w dobrym guście jest kupić sprzedawane przez nich płyty. Kupiliśmy dwie, po 10 euro bodajże, z myślą, że pewnie są nie do słuchania w innych, niż lizbońskie, okolicznościach. Jednak po powrocie okazało się, że muzyka ta cudownie "uprzytulnia" domowe wnętrze.



KAWA I CIASTKA

Możliwe, że niektórzy smakosze po przeczytaniu mojego marudzenia załamią ręce, ale i dla nich jest dobra wiadomość. Przepyszne są wszelkiego rodzaju wypieki i szczególnie jedzone na każdym kroku pastel de nata. W zasadzie nimi głównie się żywiłam. Jak się okazuje są to portugalskie tartaletki wypełnione jajecznym kremem. Są naprawdę fantastyczne. I choć niby najlepsza ciastkarnia znajduje się w Belem (Pasteis de Belem), to trudno mi się z tym zgodzić, ponieważ tamtejsza najpopularniejsza ciastkarnia w Lizbonie produkuje ich tyle, że często nie są już takie cieplutkie i mięciutkie jakie być powinny. Choć mimo tego są bardzo dobre. Co ważne muszą być one świeże, nie ma wiekszego sensu zabieranie ich do domu, a już zupełnie jedzenie ich na zimno. Do nich idealnie smakuje pyszna kawa, która jest często tańsza niż woda. Jeżeli jednak przyjdzie Wam do głowy poproszenie o kawę mrożoną z uwagi na upał, to nie zdziwcie się jeżeli dostaniecie do kawy szklankę po prostu z kostkami lodu. Najbardziej połączenie tych dwóch rzeczy - pastel de nata i kawy, smakowało nam w Caffe Chiado, znajdującej się w dzielnicy o tej samej nazwie. Jest świetnie wyposażona, ma klimatyzacje, panuje tam miła atmosfera, a wszystko jest przepyszne. Co więcej, a jest to chyba największym atutem tego miejsca, podczas pałaszowania można oglądać widoczne za oknem mknące tramwaje, również ten z numerem 28 (najbardziej znany), oraz oświetlone chodniki, po które wesoło przemierzają turyści i mieszkańcy.  Samo Chiado jest w ogóle godne polecenia - jest bardziej przestrzenne i mniej zatłoczone niż Alfama. Są tam piękne kamienice, kościoły, urzędy, restauracje - m.in. słynna kawiarnia A Brasileira, w której w swoim czasie przesiadywał, pił absynt i bicę, oraz palił papierosy i pisał Fernando Pessoa.
Próbuję wytłumaczyć pani o co chodzi z mrożoną kawą, a ona, co dość typowe,
angielski ma opanowany niestety na niezbyt wysokim poziomie.


KOMUNIKACJA



Choć nie zabrzmi to dobrze, większość czasu poruszaliśmy się taksówkami. To znaczy mam na myśli przemieszczanie się z domu do centrum. Wbrew pozorom nie jest to wcale jednak głupie rozwiązanie. Parkowanie własnym samochodem w centrum odpada, równie trudne jest jeżdżenie wąskimi ulicami. Zdobycie biletów do metra jest stosunkowo skomplikowane i jeżeli nie wybieramy się gdzieś dużo dalej, a jest nas np. czwórka, to taksówka jest tylko minimalnie droższa od metra. Stawki były polskie, zazwyczaj płaciliśmy ok. 5 euro. Taksówkarze średnio znają angielski, ale są bardzo sympatyczni, a samą taksówkę niezwykle łatwo złapać, jest ich bardzo wiele. O tym czy taksówka jest już zajęta czy nie możemy dowiedzieć się patrząc na napis TAXI, który, jeżeli jest wolna, jest podświetlony na zielono. Innym dobrym komunikacyjnym rozwiązaniem są Tuctucki, które dojadą absolutnie wszędzie, a często ich kierowcy poopowiadają nam historie o danym mieście. Trzeba tylko uważać, żeby nie wsiąść do jakiegoś niezarejestrowanego pojazdu. Tak stało się nam w Sintrze, mieście oddalonym od Lizbony o jakieś 30/40 minut jazdy pociągiem. Choć roiło się od Tuctucków, my wybraliśmy, nie wiedzieć czemu, jakiegoś czarnego zdezelowanego jeppa, ze zdezelowanym kierowcą posiadającym tatuaż swojego dziecka na ramieniu, skrzynie biegów ze sznurków i jakąś picowaną tablicę rejestracyjną. Jazda podobna była do tej na rollercosterze, z tym, że tu mieliśmy do czynienia z realnym niebezpieczeństwem. Pan kierowca bowiem, widząc, że zbliża się patrol straży miejskiej szybko upchnął nas jak sardynki "na pakę" i ruszył z piskiem opon i popędził nie zważając na przechodniów, rowerzystów, Tuctuci i ostre zakręty. W międzyczasie szukał dla nas muzyczki, sprawdzał coś w telefonie i bujał się do rytmu. Ja byłam wniebowzięta, bo naprawdę było to emocjonujące, jeżeli ktoś jednak woli spokój i bezpieczeństwo to polecam się upewnić, że pojazdem nie kieruje nieco szalony, acz sympatyczny kierowca.

SKRÓTOWO
Teraz garść krótkich informacji.
Cascais - w każdym przewodniku jest napisane, że to piękny kurort warty odwiedzenia, jednak plaża jest zdecydowanie niezachwycająca - dość mała, nie ma za bardzo gdzie się przebrać etc. etc. Samo miasteczko jest naprawdę ładne, ale jeżeli nastawiamy się na ładną plaże to lepiej wybrać się ponoć w tereny Costa de Caparicia - tam plaże ciągną się przez 30 km wybrzeżem Atlantyku. Sama tam niestety nie byłam, nabraliśmy się, że Lizbona leży przy oceanie, więc nie wyglądaliśmy za bardzo pobliskich plaż. Ale w zasadzie do Lizbona leży nieco tylko bliżej plaży niż Szczecin, a oblewające ją wody to głównie wody Tagu. Costa de Caparicia jest ponoć naprawdę piękna, a dotrzeć tam można w 30 minut jadąc autobusem z Lizbony, lub, pewnie nieco dłużej promem z Belem.

Fatima jest niezwykła. Myślę, że dla każdego - bez znaczenia wierzącego czy niewierzącego - będzie to ciekawe przeżycie, choć sama piszę o tym z perspektywy wierzącej, mogę więc być subiektywna. Mimo wszystko jednak polecam drogę krzyżową wśród skalnych dębów, śladami miejsc, w których ukazywali się kolejno Anioł, a następnie Matka Boża trójce pastuszków - Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi. Gdy tam byliśmy szły po sobie kolejno grupy pielgrzymów z USA, Wietnamu, Polski, Niemiec, Hiszpanii i RPA. Robi to bardzo ciekawe wrażenie, jak każdy wymawia tę samą modlitwę w innym języku i w różny sposób. Amerykanie śpiewająco - radośnie, Wietnamczycy bardzo rytmicznie i energicznie, Polacy melancholijno- nostalgicznie, Niemcy konkretne, Hiszpanie głośno, gadatliwie i emocjonalnie a RPA z wtórem bębenków, klaskania w dłonie i tańca. Świadomość wspólnego celu sprawia, że Fatima wydaje się domowa, zmniejsza się też dystans pomiędzy pielgrzymami. Warto także udać się do wioski, w której wspomniani mieszkali. Do dzisiaj mieszka w niej ich kuzynka, która ponoć nieustannie się modli. W nocy niezwykłe wrażenie robi procesja świateł. I choć oczywiście znajdziemy tu
sklepiki z pamiątkami a'la flakonik Maryja z odkręcaną główką, czy kiczowate figurki Anioła, to nie jest to tak nachalne jak bywa w takich miejsach, a co najważniejsze w Fatimie czuje się spokoju. Mimo tysięcy pielgrzymów jest stosunkowo cicho i spokojnie. Od tego miejsca bije takie trudne do określenia ciepło. Zupełnie inaczej niż w bośniackim Medjugorie, które niegdyś odwiedziłam po drodze do Chorwacji, a które było głośne, stragany wychodziły na ulice, trudno było uchwycić sacrum. Bardzo ładna jest Bazylika Matki Boskiej Różańcowej, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, a ciekawa, ale dla mnie wyglądająca jak hangar i niezbyt urodziwa Bazylika Trójcy Przenajświętszej, ze szpetnym (choć nagrodzonym) krucyfiksem.

Strony gdzie dowiecie się więcej
-> https://justmydelicious.com/2013/06/pastel-de-nata-portugalskie-tartaletki.html
-> https://duze-podroze.pl/wyprawy/portugalia/
-> https://pl.wikipedia.org/wiki/Sanktuarium_Matki_Bo%C5%BCej_Fatimskiej
-> http://fotolizbona.pl/caparica-plaze_kolo_lizbony_przewodnik_po_lizbonie.html
-> http://www.portugalia.com.pl/

Komentarze

Popularne posty